czwartek, 15 sierpnia 2019

Made in Hong Kong

Jeśli na plecach lalki pojawia się napis "Made in Hong Kong" to w większości przypadków możemy zapomnieć o tym, że kiedykolwiek uda się ustalić jej producenta i rok wyjścia na rynek. Hong Kong był lalkową potęgą w latach 70-tych - stąd pochodził gros zabawek, rozprowadzanych następnie w Europie i Ameryce. Jeszcze dziś, wpisując w wyszukiwarkę na eBayu hasło "vintage Hong Kong doll" zostaniemy zasypani tysiącami propozycji.

Laleczki z Hong Kongu trafiają się też na naszych rodzimych serwisach sprzedażowych: Allegro, Sprzedajemy, OLX. Właśnie ten ostatni okazał się dla mnie szczęśliwy pod względem zabawkowych zakupów. Nie dość, że dzięki możliwości odbioru osobistego udało mi się poznać miłą, lalkową kolekcjonerkę, to jeszcze nabyłam od niej małą grupkę przesympatycznych laluszątek typu "no name".

To było zakochanie "od pierwszego wejrzenia", takie samo, jak w przypadku uroczych maluszków Kewpie czy innego, lalkowego drobiazgu, obdarzonego ujmującymi, dziecięcymi rysami. Nie bez znaczenia pozostawało i to, że laleczki to ociupinki (wzrostu Skipper), a więc idealnie trafiły w moje "rozmiarowe" gusta.

Drobiazgu jest pięć i wszystkie dzielą identyczne rysy twarzy (obstawiam, że są kopiami matellowskiej Tutti). Wystarczy zobaczyć jedną z nich, żeby domyślić się jak wyglądają pozostałe.



 * * *


* * *


* * *


* * *



W związku z tym, że pięcioraczki były ubrane w kiepskiej jakości stroje (nie szyte, a klejone na ciele), dokonałam pewnych modyfikacji w ich wyglądzie. W pudle na szafie przewalały mi się zdobyte nie wiadomo skąd ubranka lalek Monster High i Ever After High, które do tej pory nie miały zastosowania. Zleżały się tam okrutnie, ale nareszcie znalazły kogoś, kto zdołał się w nie wcisnąć!


 * * *


* * *


Wolnych ubranek starczyło dla trzech laleczek. Pozostałe muszą na razie zadowolić się swoimi oryginalnymi strojami, do czasu, kiedy nie znajdę im stosowniejszych wdzianek.


* * *



Co się odwlecze, to nie uciecze. Mam nadzieję, że dopadnę gdzieś monsterkowe stroje dla pozostałych dziewczyn. Gorzej będzie z bucikami - te laleczki mają bardzo drobne, w dodatku płaskie stópki. Obuwie w ich przypadku będzie największym z wyzwań :)

11 cm - WPIS ODZYSKANY

Na początku roku wzięłam udział w kilku akcjach na eBayu, prowadzonych wielowątkowo przez tego samego sprzedawcę. W związku z tym, że nie kontrolowałam ich przebiegu w dostatecznie wnikliwy sposób, przegapiłam moment, w którym należało „sypnąć groszem” i udało mi się wygrać tylko w jednej z nich.


W aukcji, którą gapowato odpuściłam, był do zdobycia zestaw laleczek z serii Dazzle dolls, wydawanych przez Mattel w latach 1981 – 1983. Laleczki Dazzle to miniaturki 30-centymetrowych Barbie, które, tak jak ich większe koleżanki, przeznaczone były do tego, by je czesać, przebierać i .. kupować jak najwięcej, kompilując kolorową i wesołą kolekcję. Wśród dóbr, które miały zatopić życie lalek Dazzle w luksusie, były zestawy ubranek, mebelki i rozkładany domek. Dazzletki miały także swojego czworonożnego ulubieńca – konika Blaze’a oraz (last but not least) dwóch adoratorów – Ace’a i Glint’a, noszących nietwarzowe, staroświecko skrojone marynarki i różniących się od siebie kolorem identycznie odlanych, plastikowych fryzur (blond i brąz).


Laleczki Dazzle występowały w dwóch „gatunkach”, które łatwo było rozpoznać na podstawie moldu twarzy. Ich buziaki to pomniejszone wersje całuśnej Steffie i poczciwego Superstara. Na moje oko rysy Steffie nieco lepiej sprawdziły się po zminimalizowaniu. Twarz Superstara zatraciła wraz z pomniejszeniem swoją koronną cechę – to jest promienny uśmiech (przez niektórych zwany wyszczerzem). Dazzletki-Superstarki uśmiechają się z zamkniętymi ustami, bo z jakiegoś powodu (pewnie chodzi o ograniczenia techniczne), producent zapomniał nałożyć białą farbę na ich ząbki. Niby małe niedopatrzenie, a z wyglądu takiej mini-Barbie jednak umyka coś charakterystycznego. Zresztą cały makijaż Dazzletek jest dość umowny. Te kilka maźnięć pędzla, które widać na twarzach maciupków nijak się mają do skomplikowanych make-upów ich większych odpowiedniczek. Jak widać mała skala trochę „pobrzydza” matellowskie lalki.


Dość jednak narzekań! Skoro w czasach, gdy produkowano te laleczki, nie znano jeszcze technik, które umożliwiłyby bardziej staranne nałożenie farb na ich pyszczki, to trzeba je przyjąć takie, jakimi są, bo jednak do obrzydłych potworów to im daleko.


Szczęśliwie mogę to naocznie stwierdzić, bo na przekór niepowodzeniu w eBayowej aukcji i tak trafiły do mnie dwie takie panienki. Szczególnie cieszyłam się z zapudełkowanej, ciemnoskórej Steffie o imieniu „Spangle”, którą mogłam podziwiać mając pewność, że zupełnie niczego jej nie brakuje. Nie powstrzymało mnie to jednak od jej wyjęcia z opakowania – chęć dotknięcia lalki okazała się silniejsza niż podziw dla jej świeżo-dziewiczej, pudełkowej wersji.


1


 1


Blondynka, która już trochę w życiu przeszła i dawno straciła swoje opakowanie, została moją laleczką „podróżną”. Jej malutki rozmiar jest wprost idealny do tego, by móc schować ją w jakimś zakamarku torby lub plecaka. Zaś brunetka, jako panienka „z dobrego domu pudełka”, nie będzie się szwendać po świecie, lecz zagrzeje miejsce na półce obok innych przedstawicielek barbiowego rodu.


 1


A teraz ciekawostka. Jak sprawić, by lalki tak małe jak Dazzletki nie zgubiły mikroskopijnych bucików? Najlepiej wmoldować je w stópki i już można śmiało dawać stuprocentową gwarancję, że utrata obuwia lalkom zupełnie niestraszna. Sprytne, prawda?


1


Dziurki w podeszwach butów pomagają zakotwiczyć lalkę na stojaku, który wygląda nieco inaczej, niż stojaki przeznaczone dla pełnowymiarowych Barbiów.


1


1


Zgubić za to można miniaturowy grzebyk, dołączony do zestawu. Choć jest on przeuroczy, to gadżet z niego raczej niepraktyczny. Nie ośmieliłabym się nim czesać tych malutkich łepków. Już sobie wyobrażam co by to było, gdybym przypadkiem wydarła choć kilka kłaczków z rzadkich, dazzletkowych fryzurek. Ani tego zrerootować, ani ukryć. To ja już wolę dmuchać na zimne i zostawić ich włosięta nieruszone na wieki!


Na koniec podzielę się z Wami ciekawym linkiem. Jeśli zerkniecie, co pod nim się chowa, odkryjecie świetną stronę, poświęconą lalkowym drobinkom, z których wiele jest słabo znanych w naszym zakątku świata. Przyznaję się, że spędziłam w towarzystwie tej strony bardzo przyjemne wieczory i teraz bardziej będę zwracać uwagę na lalkowy drobiazg, który widuję czasami na targach lub w SH.


I jeszcze małe porównanie wielkości dwóch drobin – Spangletki i „Paskudy”. Jak widać są równego wzrostu, choć ich głowy to zupełnie inny kaliber.


1

Szkot - WPIS ODZYSKANY

Po zdobyciu „pięknego Lukasa” obiecałam sobie, że na dłuższy czas odłożę zakupy dotyczące lalek od Integrity Toys. Oczywiście chłonęłam chciwym okiem wszystkie nowe oferty tej firmy, ale trzymałam portfel zamknięty na trzy spusty. Do czasu, bo portfel jest jak kwiatek i żeby żyć, musi się w stosownych chwilach rozchylić. Zegar tykał, minęło jakieś pół roku, a ja po sześciu miesiącach odwyku znów beznadziejnie zafiksowałam się na lalce od IT i to lalce niezwykłej, bo jedynej w swoim rodzaju, czyli OOAK’u.


01


Z OOAKami sprawa zawsze jest płynna, bo wiadomo, że jak się nie kupi tego konkretnego, to raczej nie ma szans, aby zdobyć coś na jego obraz i podobieństwo. Wszyscy znamy dobrze te przypadki, kiedy migiem trzeba się zdecydować na „wóz albo przewóz!”. Chcąc złapać okazję za nogi musiałam przygotować się na ewentualność dalszego zaciskania pasa i odżywiania się światłem z lodówki. No, może aż tak źle nie było, ale by pokryć dziurę finansową, musiałam usunąć z domu kilka lubianych płyt i książek. To trochę przykre, ale bez poświęceń po prostu nie mogło się obyć. „Nic to!”, rzekłam sobie jako rzekł był nieustraszony Michał Wołodyjowski przed wysadzeniem w powietrze twierdzy w Kamieńcu Podolskim, zanim detonacja materiałów wybuchowych nie urwała mu nóżek i rączek, nie zrobiła z mózgu rozchlapującej się po kątach galarety i nie przemieliła go na krwawy kotlet. 


2


„Archer” (w oryginale znany jako Ace McFly), został scustomizowany przez amerykańskiego artystę, kryjącego się pod pseudonimem KMIRO.J.K. Co druga osoba, która już miała go w rękach, twierdzi, że Archie wygląda zupełnie jak młody Ridge Forrester z „Mody na sukces”, czego przy zakupie nie raczyłam zauważyć, bo nigdy serialu nie oglądałam. To znaczy – wiem jak wygląda Ridge Forrester, ale kim był w świecie „Mody” i w którym kierunku potoczyły się jego losy, to już zbyt rozległy zakres wiedzy dla mojego malutkiego móżdżku


Tu pozwolę sobie pokazać Wam jak wyglądał Archer prosto z taśmy produkcyjnej Integrity Toys. UWAGA! Poniższe zdjęcie nie należy do mnie, autorem jest Gulya, która zezwoliła mi na jego wykorzystanie. Proszę, odwiedźcie jej konto – www.flickr.com/photos/98505944@N03/


Photo courtesy of Gulya



Customizowany Archer wygląda na tle moich pozostałych lalków od IT dość egzotycznie. Nigdy dotąd nie patrzyłam na swoją gromadkę krytycznym okiem, ale wraz z przyjazdem nowego chłopa zaczęłam odbierać tę dryblasowatą grupkę z większą dozą krytycyzmu. Nie przekroczyłam jeszcze granicy, za którą nietknięci ręką artysty-repaintera panowie od IT staliby się dla mnie zbędni, ale przyznaję, że jestem już blisko jej naruszenia. Mam wrażenie, że fabryczni lalkowie są dziwnie bladzi w stosunku do przemalowanego przystojniaka i po prostu do niego nie przystają.



1


Archer wprost atakuje swoją urodą. Ja właściwie nie wiem, czy to jest legalne, że ona taki ładny, wymuskany i gładki na pysku. KMIRO.J.K na bank wiedział co robi, kiedy dawał mu te wilgotne, niebieskie oczy z długimi rzęsami. Łapał jakiegoś łosia, co się na niego połaszczy, no i złapał mnie. Ja akurat z tych, co wgapiają się i ślinią na widok wysokich, szczupłych brunetów o szerokiej szczęce, więc „wzięło mnie” i to konkretnie. Nie chcę powiedzieć, że od taj pory zacznę dyskryminować blondynów, rudych i białowłosych, ale prawdą jest, że przez ostatnie dni spozieram ku nim z mniejszym entuzjazmem.


Skoro lalek wydaje mi się najzupełniej wyjątkowy, a zjechał na włości nago, musiałam wystarać się o wyjątkowy strój, w którym mógłby godnie zaprezentować swoje wdzięki. Chodziło o coś, co by go wyróżniało i jednocześnie wywoływało przyjemne skojarzenia. Marzył mi się, ni mniej, ni więcej, strój Szkota.



7


W realizacji zamysłu pomogła forumowo-blogowa koleżanka – Kamelia, której zdolne dłonie wyczarowały spod igły wymarzoną kreację. Dzięki jej talentowi mogę cieszyć się pierwszym lalkowym chłopakiem, który bez żenady zakłada spódnicę i uważa, że jest mu w niej bardzo do twarzy


8


* * *


5

Magiczne kule wieszczą, że w tegorocznych czereśniach będą robaki.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Panienki z Afryki

Zbigniew Wodecki w jednym ze swoich songów żarliwie przekonywał, że choć dzika Afryka już dawno została odkryta, to mamy tuż pod swoim nosem, w nadmorskich Chałupach, własną ziemię obiecaną, rozbuchaną namiętnościami i powabami nagich ciał.

Choć nigdy nie byłam w tej miejscowości, tak ładnie grającej rolę zastępczej Afryki, to i do mnie zawitała mała cząstka czarnego lądu. Stało się to za sprawą dwóch ciemnoskórych lalek z serii "Queens of Africa".



* * *



Laleczka o ciemniejszej karnacji nosi imię Azeezah, a jej koleżanka to Nneka. Jak wynika z informacji na pudełkach, obie laleczki reprezentują różne afrykańskie plemiona; Azeezah pochodzi z
ludu Hausa, a Nneka ze szczepu Igbo.



* * *



Choć na pierwszy rzut oka lalki przypominają Barbie, to nie są klonami najpopularniejszej zabawki świata. Obie zostały obdarzone oryginalnym headmoldem, którego charakterystyczną cechą jest wydajny i spłaszczony nos oraz cofnięte czoło, szczególnie widoczne, kiedy na lalki patrzymy z boku lub z półprofilu. Dziewczęta są też niższe od Barbie - różnica wzrostu to pół głowy.


Ich twórca, Taofick Okoya, twierdzi, że lalki powstały aby zmienić kanony urody, wpajane afrykańskim dzieciom za pośrednictwem zabawek, wytwarzanych przez wielkie, światowe firmy, takie jak Mattel. To bardzo ładne hasło, ale mam wrażenie, że jesteśmy za duzi, żeby się na nie nabrać. Kiedy można wyprzeć z rynku jakiś produkt (Barbie), zastępując go produktem lokalnym, to może chodzić tylko o pieniądze. Niemniej jednak miło jest, że przedsiębiorczość czarnoskórego biznesmena przyczyniła się do powstania nowego typu lalek.

 

Jeśli chodzi o oznaczenia na ciałach "królowych", to jest ich niedużo. Na plecach widnieje mało mówiący numer serii - BO i rok wydania - 2013, a na pupie odkryjemy wmoldowane majtki wytłaczane w napis "Abbie". Głowa pozbawiona jest oznaczeń.


* * * 


Nneka i Azeezah bez wątpienia pretendują do miana współczesnych elegantek. Ich stroje i fryzury znamionują wielkomiejski szyk i nie wywołują żadnych skojarzeń z tradycyjnymi strojami, które spodziewalibyśmy się zobaczyć na afrykańskich lalkach.

Skąd ta niechęć do tradycji? Otóż nie jest to wstręt do własnych korzeni, a strategia podpatrzona u producentów innych lalek. W ramach "Queens of Africa" wyszło już kilka serii ciemnoskórych ślicznotek. Pierwsza seria, która silnie promowała plemienne stroje z poszczególnych regionów Afryki, wcale do Polski nie dotarła. W ilościach szczątkowych dojechała do nas dopiero seria numer dwa, sprowadzona przez panią, która wiele lat mieszkała na czarnym lądzie i wracając do kraju zabrała ze sobą kilkadziesiąt egzemplarzy tamtejszych lalek. Przez jakiś czas sprzedawała je za niewielkie pieniądze za pośrednictwem serwisu OLX, skąd do mnie trafiły.

Szczerze przyznam, że wolałabym lalki z pierwszej serii, ale skoro nie było ich skąd wziąć to ukontentowałam się tym, co było dostępne. Pewien smak tego, jak mogłyby wyglądać Nneka i Azeezah, przybrane w tradycyjne ubiory, dają grafiki na pudełkach, przedstawiające je w regionalnych ozdobach i z plemiennymi malunkami na twarzach.


* * *



Moje dziewuszki, pochodzące z serii numer dwa, gdzie postawiono na unowocześniony "look", depczą po ziemi w modnych szpileczkach, a jako dodatku używają małego, białego pieska. Skąd pomysł, by przydać im tak zabawnego towarzysza - pojęcia nie mam! :D


* * *


Jakościowo lalki są bardzo fajne, szczególnie ich włosy - mięciutkie i gęsto wszyte. O żadnym klejoglucie i mowy nie ma. Dodając do tego fakt, że były tanie jak barszcz (20 zł za zapudełkowaną lalkę), to można śmiało uznać, że ich zakup to był deal roku 2018 :)


* * *


* * *


* * *

Piękna lalka, brzydka tradycja - WPIS ODZYSKANY

Bardzo lubię matellowską serię „Dolls of the world” (w skrócie – DOTW). Wchodzące w jej skład lalki są świetnymi ambasadorkami swoich krajów. Ich stroje, wzorowane na regionalnych ubiorach z różnych stron świata, robią wrażenie ilością detali oraz starannością wykonania, zaś same lalki bardzo wyraźnie odznaczają się na tle swoich playlinowych koleżanek, przede wszystkim niestandardowymi makijażami i kunsztownymi fryzurami. DOTeWuczki (mój neologizm obejmujący Barbie z serii DOTW) wyróżniają się w kolekcjach nawet wtedy, gdy obok nich stoją lalki z droższych i bardziej ekskluzywnych serii. Dlatego trochę mi przykro, że DOTeWuczka, o której będę dziś pisać, promuje wyjątkowo okrutną tradycję.

41812211834_c59aa3d682_z

W swoim długim życiu Barbie wykonywała wiele zawodów – była modelką, tańczyła w balecie, ubiegała się o fotel prezydenta, leciała w kosmos, a w 1999 roku zdecydowała się na dość ryzykowny krok i została matadorem, czyli zabójcą byków z areny.

Corrida, która w uproszczonej formie znana była już w czasach starożytnych, jest widowiskiem żerującym na najniższych ludzkich instynktach. Chodzi w niej o to, by pod aplauz publiczności umęczyć i zabić zwierzę, uznawane za symbol siły i odwagi. Walka na arenie jest nierówna, bo na jednego byka przypada kilku uzbrojonych i dobrze zorganizowanych przeciwników, którzy biją się na śmierć, bez prawa łaski dla przegranego. Zasady starcia są uświęcone tradycją – byka kolejno drażni się i rani czułe miejsca na jego ciele, aby na koniec przedstawienia ogłupiałe z bólu i szoku zwierzę mogło zostać powalone eleganckim pchnięciem szpady matadora. Chwała tym z matadorów, którzy kończą starcie szybko, uśmiercając byka poprzez przerwanie jego rdzenia kręgowego, lecz w tym niewdzięcznym zawodzie pracują przecież i tacy, którzy morderczy kunszt opanowali  znacznie gorzej i śmierć z ich ręki rozciąga się na długi, bolesne minuty.

Corrida jest dla mnie spektaklem ze wszech miar obrzydliwym, stąd ciężko mi polubić lalkę, w tak dosłowny sposób uosabiającą ducha tego widowiska.  Widzę w niej wcielenie agresji, krwiożerczości i bezmyślnego niszczycielstwa. Można by rzec, że to lalka – rzeźnik. Chyba dlatego nie jestem w stanie znieść jej obecności na półce, choć jest obdarzona urodziwym obliczem i ciekawym strojem.

31176435767_83293e05db_z

Zastanawiam się, co pchnęło mnie do jej zakupu i sądzę, że otumaniła mnie „promocyjna” cena. Rozterki, związane z zapleczem kulturowym lalki pojawiły się dopiero gdy już miałam ją w ręku. Wierzyłam, że dam radę je przełamać, ale niektóre skojarzenia są zbyt silne, by zbyć je wzruszeniem ramion. Podejrzewam, że nie pomoże nawet zmiana stroju na bardziej „cywilny”. DOTeWuczka za bardzo obrosła dla mnie negatywnymi skojarzeniami, żebym dała radę się z nią zaprzyjaźnić. Jej dni są policzone. Ufam, że Allegro przyjmie ją z otwartymi ramionami, bo ja nie dam rady jej ukochać. A kysz mi z chaty, krwiożercza Barbaro!

 46127689142_99cbe329bf_z

* * *

32306710888_0f433d75d0_z

* * *

46178588411_68d3408aa2_z

* * *

45454510674_d88034a083_z

* * *

46178637331_0f7bfc7a9a_z

Smutno się zrobiło, prawda? No to włączmy przerywnik muzyczny w temacie hiszpańskim, żeby nie było, że te Hiszpany to tylko corrida, krew i galaretka z małych, słodkich kiciusiów.


Ale, ale! Ten wpis wcale się jeszcze nie skończył! Bo widzicie, chciałabym jeszcze wrócić do konkursu na limeryki, który rozpoczął się w lipcu po czym trwał, trwał, trwał, aż wszyscy, łącznie ze mną o nim zapomnieli, ale do czasu, bo oto poniżej ujawniają się przysłane na konkurs wierszyki:

Żył Pan Ekscentryk w centrum Galaktyki
Który zabawkom robił różne triki
Jedną zabawkę pięknie umalował
Drugą zabawkę na części ćwiartował
Bo w centrum Galaktyki żyją takie ekscentryki
(Autorka – Iga Elsaid)

„Limeryk z eufemizmem”
Raz snobki na konwencie w stolicy
Wiodły spór o wyższości żywicy
Rzekła Barbie wkurzona
Jak potrafi to ona
Macie rozum w tylnej części spódnicy.
(Autorka – Szara Sowa)

„Smutny limeryk”
Raz mała psuja spod Mławy
Tylko dla czystej wprawy
Urwała lalce rączki
Potem poszła na pączki
I to był koniec zabawy
(Autorka – Szara Sowa)
I w związku z powyższym chciałabym ogłosić, że konkurs wygrywa Szara Sowa i to do niej pojedzie Lottie, zaś Iga zajmuje miejsce na srebrnym podium i do niej też ktoś pojedzie  Baby, podajta mi emailem adresy wysyłkowe!

Motyla noga - WPIS ODZYSKANY


Lottie

Jak to się stało, że choć nie miałam najmniejszego zamiaru nabywać Lottie, pewnego pięknego dnia znalazłam ją w skrzynce na listy? Otóż wręcz banalnie. Był sobie pewien sklep internetowy, obracający, między innymi, towarami okołodziecięcymi (ubrankami, zabawkami i innymi rzeczami, przeznaczonymi dla małoletnich). Sklep ten prowadził prężną działalność na Allegro i wszczynał wiele aukcji. Jako człowiek wiecznie czymś zainteresowany (to taki stan umysłu, że gdzie nie spojrzysz, to coś ci się podoba), od niechcenia zadeklarowałam w jednej z aukcji drobną kwotę, zakładając, że za moment i tak ktoś mnie przelicytuje. O swoim głupim wyczynie zapomniałam w jakieś pięć minut i nielicho zdziwiłam się, kiedy po pewnym czasie dostałam od Allegro przypominajkę o nieuregulowanej należności za niechcianą lalę. Po odświeżeniu sprawy w pamięci doszłam do wniosku, że faktycznie kiedyś coś w powyższym zakresie zmajdrowałam i że nijak nie wytłumaczę się żadną pomrocznością jasną ani tendencją do sklerozy. Było nie było, ale wypadało lalkę kupić, bo niehonornie byłoby wykręcać się z obowiązku już po fakcie. No to kupiłam. I mam.

Lottie

W Internecie wyczytałam, że Lottie to laleczki powołane do życia w wyniku długich badań, zmagań i pieriepałek. Oddajmy głos producentowi: ”Nasza pierwsza lalka powstała po 18 miesiącach badań. Rozmawialiśmy z dostawcami, ekspertami od zabawek, psychologami dziecięcymi, ekspertami żywieniowymi, rodzicami i co najważniejsze, z dziećmi. Nasze lalki wyglądają jak dzieci. Są ubrane w wygodne ubranka, uszyte z kolorowych i miłych w dotyku materiałów. Są wyposażone w akcesoria, które zachęcają do zabaw na dworze, takich jak łowienie ryb, łapanie fali (body-boarding), czy zbieranie skamielin.” Łohoho, to się teraz nowocześnie dzieciaki bawią! W moich czasach nie uprawiało się body-boardingu (zajęcie pokrewne pływaniu na desce), a co najwyżej pławiło w beczce (którą koledzy spuszczali do jeziora z wysokiej górki), pływało na oponie albo kajakiem, jeśli ktoś takowy posiadał.

Lottie

Moja Lottie nie propaguje równie żywiołowych rozrywek i woli uganiać się po ogrodzie za motylami. Na jej pudełku widnieje informacja, że laleczka pełni funkcję „butterfly protector”, czyli przyjaciółki uskrzydlonej i sześcionogiej przyrody. To dobry wzór do naśladowania dla małych sadystów, którzy lubią znęcać się nad owadami. Nie słyszałam, aby wbijanie co okazalszych okazów na szpilkę i eksponowanie ususzonych trupków w przeszklonych gablotach cieszyło się obecnie wśród dzieciarni jakąś szaloną popularnością, ale wyrywanie motylom skrzydełek to chyba nadal uniwersalna zabawa młodych potworów na całym świecie. Szczęściem u boku Lottie motyle nogi i skrzydełka są całkowicie bezpieczne.

Lottie
Lalka jest niewielka i obdarzona kształtami kilkuletniej dziewczynki, co oznacza, że biustu u niej nie uświadczysz. To samo tyczy się makijażu – twarz Lottie nie została upiększona żadnymi kosmetykami – ostrą szminką, imprezowymi cieniami do oczu czy różem na policzkach. Producent zabawki postawił na naturalność i upodobnił Lottie do małej dziewczynki, która nie korzysta jeszcze z dobrodziejstw makijażu. To zabawka z którą dziecko może się zidentyfikować.

Mój zaawansowany wiek nie pozwolił mi nawiązać z Lottie bliskiej więzi. Lalka podoba mi się ze względu na skromny wygląd i solidność wykonania, jednak nie umiem wyobrazić jej sobie jako ozdoby mojej półki przez dłuższy czas. Jedyną częścią tej laleczki, do której się przywiązałam są … jej buty, ale cóż to za nędzne uczucie, kiedy obuwie ceni się bardziej od tego, kto je nosi.

Lottie

W związku z powyższym doszłam do wniosku, że nie zostawię Lottie u siebie, a puszczę ją w drogę i zaproszę wszystkich, którym się spodobała, do udziału w zabawie, w której będzie ona nagrodą. Zasady zabawy są następujące:

1. Aby wziąć udział w konkursie, należy na mój adres e-mailowy: stary_zgred1@gazeta.pl, przesłać limeryk, poświęcony dowolnej lalce. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest limeryk, kieruję go do definicji na Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Limeryk) i dla zobrazowania podaję też mizerny przykład mojego autorstwa:

Pewna Barbie spopod miasta Mławy
Miała wygląd ponuro-głupawy
Choć się bardzo wdzięczyła
I starała być miła
Nikt jej brał do żadnej zabawy

2. Termin na przesłanie zgłoszenia, uzbrojonego w limeryk, upłynie 22.07.2018 r. o godzinie 24:00
3. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania, zaś wszystkie limeryki zostaną opublikowane w kolejnej notce.

Lottie