sobota, 28 marca 2020

Millie musi odejść!

Siedzę ostatnio w domu, pracując "zdalnie" i zaczynam wykazywać objawy zdurnienia. Długie zamkniecie mi nie służy, ani pod względem fizycznym ani psychicznym. Choć nie jestem człowiekiem, który lubi obracać się wśród wielu znajomych i non stop z kimś przebywać, to jednak brakuje mi widoku swobodnie rozmawiających ludzi na ulicach, w sklepach i w środkach transportu. Zabawa lalkami zdecydowanie nie jest w stanie zastąpić kontaktu z żywym człowiekiem. Dobrze, że całą najbliższą rodzinę mam wokół siebie, bo inaczej byłoby krucho :)

Korzystając z przymusowego uziemienia posprzątałam zasoby lalkowe, zrobiłam remanent w witrynie, przenosząc część towarzystwa w stan spoczynku i przejrzałam co na Allegro piszczy. Niestety wieje tam nudą i piszczy "starymi nowościami", czyli nie bardzo jest na czym zawiesić oko. Dostępne na Allegro Barbie straszą słodką i mało wyrazistą twarzyczką Millie, do której, mimo prób i chęci, nie zdołałam się przyzwyczaić.

Trochę dziwi mnie, czemu Mattel, mając w swojej historii tyle udanych barbiowych moldów, zdecydował się postawić na tak nijaką buźkę.

Weźmy na tapetę pierwszy pod względem historycznym matellowski mold dla Barbie - ostry, drapieżny i wyrazisty niczym eksperymentalny jazz dla koneserów. Choć nie wierzę, że współczesne dzieci byłyby w stanie nim się zachłysnąć (już raczej udławić), to jednak jego posągowość robi wrażenie, tyle, że paradoksalnie trzeba do niego "dorosnąć".

Barbie - pierwszy mold z 1958 roku

A co z Barbie naszej młodości - Superstar i Mackie? Czy nie były przepiękne? Ta pierwsza czarowała urokiem dziewczyny z sąsiedztwa, wiecznie uśmiechniętej, pozytywnie nastawionej do życia, umiejącej wcielić się zarówno w zapaloną sportsmenkę, lekarza, żołnierza jak i damę z wyższych sfer, a wszystko to z wdziękiem i niewymuszenie.

Za to Mackie, niczym stonowana siostra Superstara, aż raziła elegancją, nawet w najprostszych lalkach playline. Niby prosta, okrąglutka twarz z małym noskiem, bardzo wydatnymi ustami i dużymi oczami, a w rękach odpowiednich makijażystów stawała się czystą doskonałością. No i jej uśmiech, kopiujący słynny uśmiech Mony Lisy! Nikt mi nie wmówi, że to zwykłe nic!


Barbie - mold z ery Superstar

 
Barbie - mold z ery Mackie

Nie wydaje mi się, aby Millie była w stanie wytrzymać konkurencję z żadną Barbie z przeszłości. Nie ostałaby się nawet przed Barbie z moldem GG, który już w czasach swojego debiutu wydawał się płaski i nieciekawy. A jednak i GG miał swoje przebłyski, bo bez wątpienia był bardzo plastycznym typem twarzy. Kiedy matellowscy projektanci na poważnie brali go "w obroty", to naprawdę iskrzyło! Tu kłania się stara zasada, ze jak się chce, to się da! Jeśli się nad czymś w pocie czoła pracuje, to nawet z najgorszego paskudztwa da się zrobić coś ujmującego urodą, a GG przecież skończonym paskudztwem nie jest!

 Barbie - mold z ery GG

Patrzę na powyższe zdjęcia i jednocześnie zerkam na swoją jedyną Millie. Nie jestem w stanie zobaczyć w niej lalki kultowej, ba, nie widzę w niej nawet lalki zapamiętywalnej!


Barbie - mold Millie


Nie zarzucę jej braku urody, bo ma miłą, młodzieńczą twarzyczkę. Sęk w tym, że nie umiem jakoś wyobrazić jej sobie w żadnej bardzo eleganckiej stylizacji. Do Millie nie pasują stroje "z epoki", nie odnajdzie się również jako modelka prezentująca współczesną modę. Brak jej na to charakteru i siły przebicia.
Chciałabym, aby projektanci Mattel spróbowali kreatywnie pochylić się nad tą twarzą i zaproponować dla niej coś innego, niż znamy ze sklepowych półek. Skoro w przeszłości możliwe było tworzenie różnych wersji makijażowych na jednym moldzie (taki Superstar ma w swojej historii ponad 800!) i obdarzać ten sam mold różnymi fryzurami o różnych kolorach, to czemu Millie pozbawiono takich możliwości? Ileż można zachwycać się standardową blondynką o prostych włosach i niebieskich oczach, które u każdej kolejnej wyglądają prawie identycznie? Czy na Millie nie starczyło już kolorów w maszynach, które nadrukowują buzie? Jeśli tak, to wolę przerzucić się na lalki "gorszych sortów", jak choćby Defa Lucy, które przy całej tandetności swojego wykonania trochę się między sobą różnią.

laleczka z serii Defa Lucy - tani, współczesny klon lalek Barbie
Chciałabym, żeby Millie jak najszybciej zniknęła, zastąpiona ciekawszym i bardziej udanym moldem. Tylko czy kolejny rzeczywiście będzie lepszy i ciekawszy? Boję się, że może być jeszcze bardziej bezpłciowy, niż nieszczęsna Millie :(

Chłop jak dąb. Baba jak chłop. Baba jak dąb. WPIS ODZYSKANY.

Tralalalala, jak mi dobrze, jak radośnie, bo zgłupiałam już do szczętu. Ta notka to dowód mojego totalnego upadku i przejścia na ciemną stronę mocy. Bo, ponieważ, gdyż. Lalkę kupiłam. Babę znaczy! BA-BĘ! Tfu!

Trololololo, I’m so happy, cause today I’ve lost my mind completely. I’ve crossed the line. This blog entrance is the proof of my downfall. Because I’ve bought a doll. A fem-doll. A female. FE-MA-LE! Blarghhhhhh!

Cała odpowiedzialność za mój bezbożny czyn spada na Eibhlin, anioła, który dał mi cynk, że lalka się sprzedaje. Kobieto, niech Ci niebo w dzieciach wynagrodzi! Niech Tobie i Twoim bliskim zawsze słońce świeci, nawet w nocy pod kołdrą, boś wielką mi radość uczyniła. Kocham Cię, wielbię i na śmierć zacałuję, jeśli kiedyś spotkam (dżołk taki, nie bój żaby!)

The person who is to be blamed for my sin is Eibhlin, the angel who contacted me with the seller of this doll. Oh girl, be blessed for your help! Let the sun always shine on you and your family, even at night. I love you, I adore you, I want to kiss you sensless the day I finally meet you (just kidding).

Chciałam no i mam! Ona jest śliczna, jedyna w swoim rodzaju, z twarzy zupełnie podobna do zawziętego faceta i dlatego tak mi się podoba. Od dawna marzyła mi się jakaś bojowa baba, będąca kompletnym zaprzeczeniem filigranowej i urodziwej Barbie. Lalka, której oczy mówią: Nie zadzieraj ze mną, bo zasadzę ci kopa w ogonek!

Oh, how much I wanted to have her! To me she’s perfect and exceptional and cute, even though her face reminds me of a badass guy. That’s exactly the reason why I’m totally in love with her. I’ve always wanted to find a doll that would be suitable for a warrior, whose eyes have the ability to seduce and threaten at the same time.

O delikatność nie można jej posądzać. Już na pierwszy rzut oka widać, że to nie salonowa dama, a baba stworzona do bitki. Taki cycaty czołg „w spódnicy”. W pewnych miejscach jest jej trochę za dużo (biust, biodra), w innych – zdecydowanie za mało (włosy na głowie). No i w spódnicach i sukienkach to ona wygląda wyjątkowo pokracznie. Jest zbyt krępa. Nie ma w sobie nic a nic z modelki. Gdy paraduje w portkach, z gnatem w ręku, to jest idealnie, ale jeśli wcisnąć ją w coś eleganckiego, to robi się groteskowo i nienaturalnie. Nie da się ukryć, że nie została stworzona dla wytwornych toalet. Nie da się też na nią za bardzo patrzeć, gdy jest naga, bo ma brzydkie ciało. Niewymiarowe, przerysowane, seksapilu w nim tyle, co kot napłakał. Mimo to, nie zamierzam go wymieniać, bo zgina się jak marzenie. (Ale tak po cichu, to Wam powiem, ze cycki to ma idealne!)

She’s definitely not a fragile woman. It’s obvious that she was not made to play the role of a gentle lady but to wreak havoc wherever she goes. She’s like a tankgirl, but a little bit heavier and … bustier Her body is a great asset and a disadvantage at the same time. It bends with ease but it’s rather ugly. She really doesn’t look good without clothes, because she’s too stocky. She looks fine while wearing casual clothes, consisting of military pants and sweatshirts, but when she puts on an elegant evening gown she becomes grotesque. I’m afraid that pretty dresses are not her cup of tea. Nonetheless I don’t plan to get rid of her body or exchange it for a more feminine one. I like her the way she is. (And now - a secret. Can you keep it? Her breasts are pure perfection)


Nie mogę się na nią napatrzeć. Fascynuje mnie jej twarz – widzę w niej i starego Indianina i koński pysk i śliczną buźkę Natalie Portman i głowę jastrzębia na dodatek. Przy tym wszystkim odbieram ją jako niezwykle pociągającą, prawie idealną. Mam tylko nadzieję, że się nie zakocham  (za późno, już się zabujałam).

I’m mezmerized and fascinated by her face. It combines the features of an old Indian warrior, a horse’s head, and cute Natalie Portman’s face. The worst thing is that I find it incredibly attractive and irresistible. I sincerely hope that I won’t fall in love with her (grrr, that’s not fair, I’ve already fallen).


* * *


* * *


* * *


* * *


Nawet nie wiecie jak dziwnie się czuję ze świadomością, że spodobała mi się lalka-dziewczyna. No ale i tak z tym nic nie zrobię – pomimo tego, że zbieram chłopaków ona jest mi niezbędna do szczęścia. Takie buty!

You don’t even know how strange I feel now, having bought a fem-doll. Even though I’m totally in love with male-dolls I would never, ever sell her away. She took my heart like a hurricane!

sobota, 7 marca 2020

O, Geralcie! O, wiedźminie!

Achhh! Uchylcie rąbka tajemnicy i zdradźcie, czy w młodości kochaliście się w jakichś bohaterach z książek lub filmów? Bo ja - tak, i to ile razy!

Rozrzut miałam sporawy, bo w poczet moich ideałów wchodzili i Robin Hood (ten długowłosy, w wykonaniu Michael'a Praeda, który biegał po lesie do muzyki Clannad) i komiksowy Thorgal i główny bohater serialu "Miasteczko Twin Peaks" i Jean- Claude Van Damme.

Potem było długo, długo nic, aż pojawił się ON: "Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy; od Bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę".

To była miłość od pierwszego machnięcia mieczem i od pierwszej sarkastycznej uwagi. Wiedźmin Geralt z książek Andrzeja Sapkowskiego zawojował mnie, podbił i wprowadził w stan permanentnego zakochania, który trwa po dziś dzień.

Oczywista, od razu zachciało mi się jego lalkowego odpowiednika. Łatwo było go sobie wymarzyć, ale skąd wziąć? Nie miałam żadnej koncepcji co do tego, gdzie zacząć poszukiwania. Sprawę odłożyłam w czasie, wierząc, że kiedyś splot wydarzeń doprowadzi mnie we właściwe miejsce.

Tu zrobimy przeskok czasowy. Hop! Minęło kilka lat, a na ekrany kin wszedł film „Superman”. W główną rolę wcielał się w nim bardzo, ale to bardzo urodziwy brytyjski aktor, Henry Cavill. Film "chwycił" na tyle mocno, że niedługo po premierze Mattel wypuścił na rynek urodziwego Kal-Ela o muskularnym ciele, przybranego w ciemnoniebieski spandex. Jejku, jej! Napaliłam się na niego jak szczerbaty na suchary, a że pojawił się w znośnej cenie na Allegro, więc wygarnęłam oszczędności schowane w skarpecie i szybko się ich pozbyłam. Piękny brunet ekspresowo zjechał na włości, cyknął sobie fotkę portretową, a mnie zrobiło się błogo, że go mam, nie przypuszczając, że czeka go dalsza kariera w charakterze dawcy ciała ...





Minęło kilkanaście, a może kilkadziesiąt miesięcy, na świecie powiało śniegiem, a telewizja Netflix wyemitowała pierwszy sezon serialu „Wiedźmin”. W rolę Geralta wcielił się ex Superman, czyli znany już nam Henry Cavill, który wyjątkowo ładnie odnalazł się w wiedźmińskiej charakteryzacji oraz w scenach, gdzie należało kuśliwie zaświecić gołym torsem.


Serial pochłonęłam  raz-dwa i choć nie podzieliłam rozbuchanego entuzjazmu innych widzów, to bez bicia przyznaję, że baaaaaardzo polubiłam głównego bohatera i jego kumpla, Jaskra. Cała reszta to wyblakłe cienie książkowych postaci i nie zamierzam się nad nimi kiedykolwiek pochylać.

Dzięki serialowi do życia wróciło pragnienie sprzed lat – wszak miałam u siebie Kena, mogącego posłużyć za kanwę dla przeróbek, a i znałam dziewczynę, dokonującą cudów repaintu. Wystarczyło dodać dwa do dwóch, cmoknąć Supermana w czółko, wrzucić go do koperty suto wymoszczonej folią bąbelkową i wyprawić w daleki świat, do Rosji. Tam przystojniak przechodził liczne procedury upiększające, między innymi doklejenie gustownego, białego tupecika oraz całkowity repaint buziulki. W trakcie prac na bieżąco otrzymywałam informacje o postępach, więc mogę tu pokazać Wam jak to wszystko wyglądało „od kuchni”.


* * *


* * *


Już w trakcie prac wstępnych wiedziałam, że jest dobrze i że będzie jeszcze lepiej. Czy miałam rację? Czy ją miałam?

Zdjęcie za zgodą Tatyany, autorki repaintu.

Efekt końcowy bardzo mnie ucieszył i wzruszył. Z dość płaskiej w wyrazie lalki wyłonił się sobowtór serialowego Geralta, którego nie da się pomylić z nikim innym. To ewidentnie JEST ON i JEST MÓJ i TYLKO MÓJ! I powiem Wam, że nic nie szkodzi, że Geralt nie ma jeszcze stosownego stroju i broni. Póki nie doczeka się odpowiedniego odzienia może stać na półce choćby i we współczesnym ciuchu, bo nawet jeśli wiedźmin paraduje w podkoszulku i dżinsach, to nadal jest to wiedźmin, w którym się kocham :)


* * *


* * *


* * *


I jeszcze smutna refleksja na koniec - właśnie zdałam sobie sprawę, że Geralt nie będzie do końca sobą, jeśli u jego boku nie pojawi się Jaskier. Echhh, ta cholerna chcica ...

czwartek, 9 stycznia 2020

Przed i po

Człowiek to głupkowate stworzenie. Wystarczy mu wmówić, że coś jest urodziwe, nadać temu odpowiednio wysoką cenę, rozpaplać info o wyjątkowej jakości i ani się obejrzysz, a już leci kupa zdesperowanych klientów, aby to cudo nabyć. Szczęśliwcy, którzy dostąpią błogosławieństwa zakupu, szerzą dalej wiadomości o tym, jak genialny przedmiot jest w ich posiadaniu, tworzą kółka uwielbienia, gdzie się nawzajem utwierdzają w przekonaniu, że mają u siebie dzieło sztuki i ... napędzają w ten sposób popyt na produkty danej firmy :)

Weźmy takiego producenta jak Integrity toys. Będąc członkiem lalkowej społeczności nie raz miałam okazję stwierdzić, że firma ta cieszy się u swoich sympatyków bałwochwalczą czcią. Jakiejkolwiek lalki nie wypuściłaby na rynek, to i tak dostanie litanię ochów i achów, obudowaną pożądliwymi stęknięciami i pianiem z zachwytu. Tymczasem opinie o nadzwyczajnej jakości produkowanych przez nią lalek są znacznie przesadzone. Oczywiście, porównując twory od Integrity z lalkami dostępnymi od ręki w sklepach z zabawkami, nie ulega wątpliwości, że większa część tych drugich nawet się do nich nie umywa, ale znowóż jeśli wnikliwie przyjrzeć się plastikom z IT, to spod reklamowej otoczki w mig wyłażą liczne skazy i niedoróbki. Krzywo nadrukowane oczy, przebarwienia plastiku, różnice w kolorycie główek i korpusów, brzydko oszlifowane linie odlewowe - wszystko to zdarza się bardzo często, więc to całe idealizowanie producenta niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Niemniej i ja nie ustrzegłam się przed zachłyśnięciem urodą lalek od IT. Dobrze ubrane, zginalne plastiki, które dobrze wyglądają w obiektywie, nie mogły nie zrobić na mnie wrażenia. Najdłużej chorowałam na Lukasa Mavericka, a kiedy już sprowadziłam sobie dwóch do chałupy, to przyszło otrzeźwienie i dostrzegłam, że pierwszy z nich, który na początku wydawał mi się genialnie urodziwy, wcale taki nie jest, a to za sprawą niechlujnego i prostackiego makijażu, jaki nałożyła mu na twarz firma-matka:


W mojej opinii facemold Lukasa to jeden z najurodziwszych męskich moldów wszechczasów, ale nawet tak idealnie wykrojoną twarz można zepsuć. Długo nadymałam się i nie chciałam dostrzec, że z oczami mojego pięknisia nie jest najlepiej, ale w końcu do mózgu dotarł promyk zrozumienia - ta gębula została straszliwie spaprana! Mogłam nabzdyczyć się ile wlezie i iść w zaparte, ale po co? Brzydki mu ten makijaż machnęli, ot co!

Jako że mój skill w repaintowaniu nie dorównuje chęciom, lalkę do przemalunku wysłałam do kobity, która z paskudztw potrafi zrobić cuda. Jak nie wierzycie, to tylko popatrzcie - na dole jest zdjęcie "przed", a na górze "po". Imponujące, prawda!


Fotka z zasobów repainterki I'm dolls

Wiedząc jaki talent drzemie w rękach Tatiany, od razu zadecydowałam, że na repaint Lukas pojedzie właśnie do niej i tylko do niej.

Tatiana spełniła pokładane w niej nadzieje - Lukas wyładniał i przede wszystkim nabrał głębokości spojrzenia.



Nie jestem pewna, czy go jeszcze kiedyś nie ruszę pędzlem, bo po repaincie niezwykle złagodniał i ... ciut zbabiał. Taki się z niego wdzięczny kwiatuszek zrobił, choć rysy twarzy ma po staremu ostre i kanciaste. No ale dziewiczy rumieniec i różane usteczka robią swoje. Gdyby go ubrać w kwiecistą kieckę, przyprawić długie warkocze i dać wianek na główkę, to mógłby grać rolę uroczej, choć ciut za bardzo wyrośniętej w barach pastereczki :P


Ale tak na dobrą sprawę, komu przeszkadza zniewieściałość tegoż osobnika? Mnie na pewno nie :) Natura stworzyła go jako istotę, przeznaczoną by łamać niewieście serca, a ręka artystki rozszerzyła jego emploi, więc teraz będzie kusił i kobitki i facetów :P No i przede wszystkim mnie, bo lubuję się w androgynicznych gębach :)


Ale żeby nie było, że na siłę wtłaczam chłopaka w rolę baby, wiedzcie, że po domu paraduje w męskich ciuchach. Zdarłam je z matellowskiego Jacoba (postać nastolatka-wilkołaka z filmidła pn. "Zmierzch"), dla którego nie miałam ani serca, ani miejsca na półce. Jacob przeleciał przez moją kolekcję jak złoty sen i okupił swój pobyt garderobą. Ma się wprawę w obieraniu plastikowych biedaków do golca!


Krzywda Jacoba stała się zaczynem szczęścia dla Lukasa, bowiem do tej pory nie posiadał ubrań godnych by otulić jego długonogą postać.


 * * *


* * *
I tak to z surowego lalka o niebieskich oczach powstał słodki jak lukrecja lalek, godny zagrać rolę sielankowej pastereczki, a gromy, które rzucałam na Integrity Toys zmieniły się w ciepłe świergoty :) Gorzej, że teraz chce mi się więcej przemalowańców od Tatiany! Oj, dolo, dolo! Oj biedny, nienasycony lalkozbieraczu!

Prawie jak Jon Kortajarena - WPIS ODZYSKANY

Najlepszym wabikiem na lalkozbieracza jest niska cena. Jeśli jest szansa dostać coś za mizerny piniądz, to nabiera się dziwnej lekkości przy wymianie krwawicy na rzeczy, które niekoniecznie są artykułami pierwszej potrzeby i na które, w innych okolicznościach, wcale nie zwróciłoby się uwagi. Bywa i odwrotnie – cena jest brzydka jak grzech śmiertelny, ale lalka tak piękna, że aż zatyka dech w piersiach, a sen odchodzi na tak długo, póki się jej do domu nie ściągnie. 


Właśnie tak czułam się, kiedy koleżanka z Flickr ogłosiła sprzedaż jednej ze swoich lalek – Lukasa Mavericka. Czując głęboką, wewnętrzną potrzebę otaczania się pięknymi przedmiotami, ściągnęłam go do siebie czym prędzej, by móc paść oczy jego męską urodą nie tylko za pośrednictwem cudzych zdjęć.


Po świecie krąży wielu różnych Lukasów Mavericków – a wszyscy co do jednego piękni i wyniośli jak  arystokraci, którzy spoglądają potępiająco na współczesną młodzież z głębi pociemniałych portretów, porozwieszanych po różnych galeriach sztuki niewspółczesnej. Znakiem firmowym każdego Lukasa są pogardliwie skrzywione usta i perfekcyjnie wklęsłe kości policzkowe, okalające twarz, która przekracza bariery oswojonej urody.


Lukas Maverick to mój wizualny ideał lalkowego mężczyzny. Zakochałam się w nim w sposób beznadziejny i nieodwracalny, któremu nie umiem dać odporu, bo jego twarz przenosi rysy wyjątkowo urodziwego modela, Jona Kortajareny, będącego z dawien dawna moim fotograficznym idolem. Jeśli nie kojarzycie Jona, to podrzucę dwie małe podpowiedzi: „obrazkową” i „filmową”, które naświetlą o kogo chodzi:



Jon


 * * *

 A tu już swe oblicze ujawnia Lukas:


1


Prawda, że jest bardzo podobny do Jona?


Ze względu na tę charakterystyczną, szczupłą jak u średniowiecznego świątka twarz, jestem w stanie wybaczyć Lukasowi różne wady – na przykład sztywną głowę, której nie da się ani skłonić w przód ani pochylić na bok (Lukas może nią jedynie odmownie kręcić), lub to, że jego włosy wykonano ze sztywnego, niepoddającego się układaniu, materiału. Przymykam oko jeszcze na kilka wad, które skumulowane w innej lalce spowodowałyby u mnie napad wścieklizny: brzydki odcień plastiku, małą ruchomość ciała, drobne wady produkcyjne. W przypadku Lukasa mięknę jednak jak wosk – niech sobie  będzie jaki chce, byleby nigdy nie stracił seksapilu, który wylewa się z każdego centymetra sześciennego jego drobnego ciała.



1


* * *


1


* * *


1



Mój Lukas pochodzi z dość niepopularnego, dwulalkowego zestawu „Nu Fantasy. Beauty and the beast”. Choć obie lalki wchodzące w jego skład były bardzo urodziwe, to klienci nie  wykupili go na pniu, jak to często bywa z zabawkami od Integrity toys. Myślę, że to dlatego, iż zestaw cechowała pewnego rodzaju wtórność w stosunku do tego, co ludzie już znali. Podwojona cena też na pewno zrobiła swoje. Summa summarum – w internetowej przestrzeni nadal można go bez problemu kupić.

Produkt, który nie przyczynił wielkiego honoru firmie Integrity toys, dla mnie, osoby spragnionej JAKIEGOKOLWIEK Lukasa, przedstawiał nader łakomy kąsek. Tak to nieszczęście jednych buduje frajdę drugich.

Nie jest mi przykro, że mój Lukas nigdy nie zazna zaszczytu zasiadania w kręgu najbardziej kultowych Lukasów Mavericków wszech czasów. Dla mnie i tak jest zwycięzcą wszelkich możliwych konkursów urody dla plastikowego chłopstwa.



1


* * *


1


* * *


1


* * *


1


* * *


1


Lukas jest dla mnie wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Jak się okazuje, niesie w sobie podobieństwo do postaci ze świata kultury, która była i pozostaje moim (filmowym) idolem:


1


* * *

1

sobota, 4 stycznia 2020

Mbili

Choć Święta Bożego Narodzenia już się skończyły, ja nadal leniuchuję, wysypiam się za cały 2019 rok i nabieram sił do powrotu do pracy. Mimo że bardzo lubię to, czym zajmuję się zawodowo, to jednak nie mogę wystarczająco nacieszyć się dniami urlopu. Jak cudnie jest móc wstawać po godzinie ósmej rano, zjeść bez pośpiechu porządne śniadanie, a po nim - zająć się słodkim nicnierobieniem, czyli czytaniem książek, spacerami z psem, wizytami towarzyskimi i last, but not least, zabawą lalkami!

Korzystając z dłuuuuuuuugiej przerwy świątecznej zebrałam się wreszcie w sobie i zrobiłam przegląd wszystkich plastików, które mam w domu. Nareszcie ogarniam co mi piszczy po skrzyniach i pudłach, czego jest za mało, a czego stanowczo za dużo. 

Inspekcja lalkowego dobytku wykazała, że po domu pałęta mi się wiele bezgłowych ciał, bezcielesnych głów i wszelkiego rodzaju niewykorzystanych ubranek, które aż proszą się, by naciągnąć je komuś na grzbiet.  W porywie miłosierdzia zrobiłam z tych smutnych, lalkowych kęsków kilka składaków :) Z jednego to jestem całkiem dumna, bo jest niebieściutki, balonowaty i, jak twierdzi jedna z koleżanek na Facebooku, przypomina nieco Błękitną Wróżkę z disnejowskiego filmu o pajacyku Pinokio.

Tak wygląda filmowa wróżka:


A tak przedstawia się mój składaczek:


Bazą dla składaka jest zrerootowana główka laleczki Trichelle, bliżej nieznany mi barbiowy kadłub i suknia autorstwa Barbie_fashion, upolowana na Allegro.


Od dawna chciało mi się jakiejś czarnoskórej lalki, najchętniej z serii S.I.S. To była zacna, pięknie dopracowana i bardzo kolorowa seria, która jak na złość, do Polski dotarła w jakichś śmiesznych ilościach, czyli tyle, co kot napłakał. S.I.S można było sobie kupić co najwyżej w Internecie, bo sklepy stacjonarne zupełnie tę linię zbojkotowały.

Swego czasu gościłam u siebie Trichelle Rocawear i było nam razem dobrze, aż do czasu, kiedy postanowiłam zdradzić ją dla nowej miłości, więc Trichelle poszła sobie z domu i już nie wróciła. Trochę mi potem było łyso, ale niedługo i raczej nie intensywnie.


Składak w porównaniu z oryginałem prezentuje się bardzo miękko i mało wyraziście, ale, wierzcie mi lub nie, miałam ochotę właśnie na takie nieagresywne lalkowe stworzonko.


Fascynuje mnie facemold "Mbili", którego nosicielem jest mój składaczek. To wyjątkowo plastyczny typ twarzy, który nie umie niekorzystnie wyglądać (a przynajmniej ja nie jestem w stanie wskazać ani jednej nieatrakcyjnej Mbili). To, w moim osobistym rankingu, najukochańsza z "czarnych" twarzy Barbie obok Christie (head stamp 1997).

Nie przepadam za moldem "Asha", mam problemy z polubieniem "Shani" i "Nishelle", zdecydowanie wzdrygam się na widok "Desiree", ale przy "Mbili" samoistnie miękną mi kolana.


Błogosławię Mattel za to, że nadal wykorzystuje ten typ twarzy u współczesnych lalek. Co prawda do tej pory nie kupiłam żadnej Fashionistki-Mbili, ale z ręką na sercu wyznaję, że każdorazowo, mijając taką na półce w sklepie, miałam szczerą chęć ją przygarnąć i choć na chwilę utulić ją u siebie. Niestety jestem takim typem lalkozbieracza, który nieustannie goni za jakimś ciekawym egzemplarzem ze swojej listy marzeń i inne zakupy odkłada "na później", co w istocie sprowadza się do "święty Nigdy".


Ale, ale! Zupełnie zapomniałam spytać, czy dostaliście jakąś lalkę pod choinkę? Pochwalcie się, co pojawiło się w tym roku pod świątecznym drzewkiem! U mnie nie było tam żadnej lalki, bo zdecydowanie wolę sama kupować sobie egzemplarze do kolekcji, niż je dostawać. To nie tak, że nie wierzę w lalkozakupowe umiejętności bliskich, ale bądźmy szczerzy, najprzyjemniej jest upolować coś ciekawego samodzielnie (wtedy człowiek ma pewność, że oba oczy są nadrukowane symetrycznie i że lalka ma równiutki makijaż)  :)


* * *


* * *


* * *