środa, 8 lipca 2020

Chińskie lale, fajne lale!


Przeszukiwanie Aliexpress zaowocowało u mnie afektem do oryginalnej, chińskiej marki „DBS”. Firma DBS produkuje tanie, ale ładne lalki BJD, które wykonane są z nietypowego materiału, czyli plastiku. Z tego powodu ich ceny są bardzo atrakcyjne, bo kilka razy niższe od kosztów lalek z żywicy (za moją dałam 250 zł, przy czym przesyłka do Polski była wliczona w cenę zabawki). Dodatkowo ceny obejmują w większości fullsety – to jest lalki wyposażone we wszystek niezbędny inwentarz: peruki, ubranka, buty, a czasami i stojaki. Firma DBS, czy właściwie DBS CUL Diffusion Co. Ltd. bytuje na rynku od 2000 roku i w Chinach ma status kultowej.


Lalki DBS dzielą się na kilka typów pod względem rozmiaru i wyglądu - od malutkich, dzieckopodobnych, kilkunastocentymetrowych glutków po olbrzymki w skali 1/3, i cała ta czereda, jak leci, jest bardzo przyjemna dla oka. Fakt, że lalki od DBS nie reprezentują sobą żadnego wyrafinowanego piękna, bo jak raz wychodzą spod jednej sztancy, ale myślę, że przy całych swoich gabarytach (65 cm wzrostu) i tak zwracają uwagę ogólną atrakcyjnością.

Skoro już tak ładnie pochwaliłam lalki od DBS, niech pokażę swój egzemplarz „na żywo”. Oczywiście nie ujawnię wszystkiego od razu, a będę dawkować szczegóły, żeby w międzyczasie móc trochę poklepać jęzorem. 


Tu muszę wyznać, że to będzie moja pierwsza sesja takiej dużej, dorodnej baby – do tej pory nie wykraczałam poza skalę 1/6, bo jestem zboczeńcem ukierunkowanym na lalki barbiopodobne, co ciut mnie ogranicza (a tak na serio, to mam mały obiektyw w aparacie i większe sztuki się do niego nie mieszczą)




No i jak Wam się widzi chińska dziewoja? Z twarzy wygląda na młodocianą, ale ciało sugeruje dorosłą kobietę. Ech, ci Chińczycy! Marzą im się hurysy o twarzach niewinnych aniołków i rozbuchanych kształtach nierządnic. Japończycy nie lepsi - w co drugiej mandze (komiksie) można uświadczyć cycatych dzierlatek z zapałem świecących majtkami.


Tu pytanie podchwytliwie-niesforne. Czy chcecie zerknąć sobie pod ubranko? Jeśli tak, to bardzo dobrze, bo i mnie zachciało się pokazać światu golasa. Zarzucę obrazkiem pobranym z aliexpressowej reklamy (bo żem jest za leniwa żeby rozebrać swoją paskudę).


Laluszka zgina się niczym Barbie - MTM i ma mocne, przyjemnie skrzypiące stawy. Na pewno będzie świetnie trzymać pozy, ale najpierw muszę nauczyć się ją pozować (na razie umiem ustawić ją w pozycji "do apelu" i "wąchaj kwiatki"). Umiem też posadzić ją na pupie i tu moja inwencja twórcza zanika.



Ubranko utrzymane jest w stylu sielsko-romantycznym i miło podkreśla świeżość lalkowej buzi. Producent nie pożałował koronek, a jakość stroju okazała się świetna i znacznie przewyższyła moje początkowe oczekiwania. Ubranko nie siepie się, nie ma w nim dziur, nie wyłażą z niego luźne nitki, a ściegi są drobne i równiutkie. Owszem, jest w tych szmatkach moc słodkiej infantylności, ale summa summarum pasują one do tej, która je nosi. Ważne jest to, że strój był szyty na miarę i nie powstał "na kolanie". Świadczą o tym urocze, dopracowane detale, jak choćby malutki, ale fajniutki choker z owieczką.





* * *



* * *




Jakem wybredna w kwestii lalkowych ubranek, tak tu z obrzydzeniem patrzę wyłącznie na pantofelki. Nie jestem wielbicielką topornych kwiatuszków na noskach butów. Gdy tylko dojdę do tego, w jaki sposób usunąć to paskudztwo z bucików, to rozprawie się z tym różowym kwieciem. Chwilowo je toleruję, ale już przemyśliwam jakiego by tu ostrego narzędzia użyć, aby osiągnąć sukces.





Muszę przyznać, że moje wyobrażenia o lalkach z Chin uległo daleko idącej przemianie. Dotychczas mówiąc "chiński produkt" miałam w myślach skończoną tandetę, która rozsypie sie po drugim lub trzecim użyciu. A jednak w przypadku aliexpressowej panienki nie ma najmniejszej mowy o tandecie – zabawka jest świetna jakościowo i robi wrażenie przemyślanej od A do Z. Przyjdzie mi przeprosić chiński naród za zbyt niska ocenę jego możliwości produkcyjnych. Musiało trafić na lalkę, żeby  otworzyły mi się oczy.





Czy poleciłabym ją i Wam? Jeszcze jak! Blada dama sprawdzi się zarówno jako prezent dla dziecka jak i dla dorosłego zbieracza. Jak to się mówi - "na żywo jest znacznie ładniejsza niż na zdjęciach" i jest to święta prawda.


Na koniec pozwolę sobie podrzucić link do aukcji sprzedawcy, od którego kupiłam swoja lalkę. Może komuś z Was też wpadnie w oko jedna z zabawek, jakie ma na stanie: Kusicielskie konto skośnookiego sprzedawcy

A dla ciekawskich bonus - krótki filmik, znaleziony na jutubie, pokazujący jak wygląda typowa panienka od DBS w szczegółach: Jak wyglada typowa laleczka od DBS?

sobota, 27 czerwca 2020

Nie na temat


* * *

 
* * *


* * *

Mam nadzieję, że mnie nie pobijecie, bo kompletnie nie chce mi się dzisiaj nawijać o lalkach. Zrobiłam jakieś tam zdjęcia egzemplarzowi, który miał wystąpić w charakterze gwiazdy wieczora, po czym przysiadłam nad tekstem, ale nic sensownego nie napisałam. Próbowałam nadusić się intelektualnie, ale nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Dlatego dziś nie zachęcam Was do zapoznawania się z treścią wpisu, no chyba że tak jak i ja jesteście amatorami zbieractwa ukierunkowanego na naklejki.

Naklejki zaczęłam zbierać zupełnie świadomie już jako dziecko. Może to specyfika mojej szkoły podstawowej, a może przaśnych lat PRL-u, ale w czasach, kiedy jeszcze nie śniło mi się, że telefon będzie można nosić ze sobą w torebce, a odbiornik telewizyjny wcale nie musi mieć „dupki” z tyłu, każdy z moich kolegów zbierał różne różności. Pamiętacie tekst piosenki „Dwanaście groszy” Kazika, gdzie padają słowa o zbieraniu „gołych bab”, wycinanych z gazet i kalendarzy? To nie żaden wymysł, a najprawdziwsza prawda. W mojej klasie był jeden młodzieniec, który parał się tego typu zbieractwem.  To, że zbierał, to jeszcze nic – gorzej, że nosił te „baby” ze sobą do szkoły w pudełku i pewnego razu cały inwentarz wysypał mu się podczas lekcji na podłogę, wprost pod nogi srogiej nauczycielki od polskiego. Chryja z tego była potem niesamowita, bo polonistka porządnie się wściekła i chutliwy delikwent był kilka razy ciągany wraz z rodzicami przed oblicze Władzy Najwyższej, czyli pani Dyrektor. Z tego co wiem sprawa nie skończyła się tak uroczo, jak to bywało w książkach Niziurskiego i kolega już do końca swej szkolnej kariery miał opinię młodocianego zboczeńca i paskudnika, co przekładało się na to, że nigdy nie uzyskał na świadectwie wysokiej oceny za sprawowanie.

Reszta mojego towarzystwa też parała się zbieractwem, ale szczęśliwie były to zazwyczaj przedmioty nie budzące moralnych niepokojów u osób starszych od nas. Wśród pożądanych artefaktów były historyjki z gum do żucia, pocztówki, zagraniczne znaczki, kolorowe karteczki z notesików (co ciekawe, moda na karteczki odżyła z wielką mocą w kolejnych pokoleniach), kapsle, puszki i butelki po różnych napojach (pamiętacie te wkurzające rodziców butelkowe wystawy na meblościankach?) i insze cuda, część których można było nabyć za kieszonkowe w Kioskach Ruchu.

Ja miałam fisia na punkcie naklejek. Najcenniejsze były dla mnie naklejki typu „pufy”, czyli wypukłe, przypominające przy dotknięciu plastikową poduszkę, których na rynku było najmniej. Od czasu do czasu dokupowałam także kalkomanie – czyli obrazki, które przed naklejeniem trzeba było porządnie namoczyć w wodzie i delikatnie przenieść na gładką powierzchnię. Jeśli przy zabawie z kalkomaniami nie zachowywało się odpowiedniej uwagi, to taką naklejkę łatwo można było zepsuć.

Kalkomanie nie były złe, ale nieładnie oddawały kolory – robiły wrażenie poszarzałych i wyblakniętych. Mam wrażenie, że nigdy nie widziałam kalkomanii, która skrzyłaby się jakąś żarówiastą, bijącą po oczach barwą, a mnie, jak na złość, najbardziej podobały się naklejki, które krzyczały kolorem. Dziś większość tych kolorów można znaleźć w odblaskowych zakreślaczach biurowych, które za nędzny piniądz można kupić w pierwszym lepszym sklepie papierniczym, ale kiedyś, w latach 90-tych, to było coś nowego, niezwykle pożądanego i trendy.

Będąc dzieckiem nie wiedziałam, że równolegle do mojej PRL-owskiej rzeczywistości, gdzieś daleko na zachodzie, moi rówieśnicy bawią się w scrapbooking, czyli przygotowanie osobliwych albumów, wyklejanych uroczymi wycinankami z czasopism, kartkami pocztowymi i naklejkami, gdzie zapisywało się „złote myśli”, wierszyki, wspomnienia i co tam jeszcze fantazja przyniosła na młodemu człowiekowi myśl. I tu muszę sama siebie skredytować „na plus”, bo nie mając pojęcia o takiej zabawie, sama, niezależnie od nikogo innego, zrobiłam sobie taki scrapbokingowy album. Nawklejałam do niego co najładniejszych pocztówek, najciekawszych naklejek, ozdobiłam wstążeczkami i wyplatankami z mouliny. Wlazła do niego cała moja drogocenna naklejkowa kolekcja i to był ogromny błąd, bo album pewnego dnia gdzieś wsiąkł i już więcej nie wychynął z ukrycia. Szukałam go na strychu, w piwnicy, w garażu, ale i śladu po nim nie było. Moja dziecinna kolekcja bezpowrotnie zaginęła.

Po latach uzbierałam część zaginionego dobra, które odnajdywało się to na Allegro, to na Olx, w starych sklepach z artykułami dla dzieci lub na ryneczkach. Nie ma tego dużo (zaledwie dwa duże pudełka), ale mam nadzieję, że kiedyś uzupełnię braki. Swoje zbiory trzymam w opancerzonym sejfie (żartuję, żartuję), większość w stanie NRFB i czasami dokupuję do nich jakieś nowości, bo stare hobby chyba nie do końca wyleciało mi z głowy.  
 

* * *


* * *


* * *


* * *


* * *


* * *


* * *
 
 

PS. Czy u Was na blogach, prowadzonych na bloggerze, też tak tragicznie spada jakość zdjęć?

sobota, 23 maja 2020

Okazja z Allegro

Przecena! To niewinne słowo potrafi wzburzyć krew w żyłach, postawić włosy na plecach i uszy w sztorc. Tam, gdzie ma miejsce przecena, ludzie zaczynają zachowywać się jak naćpane chomiki - łapią do ręki co tylko się da i rozpychając się łokciami lecą do kasy, żeby czem prędzej posiąść przecenione dobra.

Chciałabym napisać, że na mnie przecena nie działa i opieram się jej niczym świątobliwy pustelnik na pustyni opiera się diabelskiemu kuszeniu, skłaniającemu go do obżarstwa, opilstwa i sprośności z babami, ale prawda jest taka, że gdy zwęszę coś w obniżonej cenie, to dostaje pierdolca i oczy zaczynają mi się świecić jak latarnie. W zeszłym tygodniu zaświeciły mi się do atrakcji dostępnych w oficjalnym sklepie Allegro, to jest Barbie wydanej z okazji sześćdziesięciolecia marki.


Jubileuszowe Barbie to nieduża, ale bardzo wdzięczna kolekcja od Mattel. Nie jest jakoś szczególnie rozchwytywana wśród kolekcjonerów, ale i nie wypadła sroce spod ogona. Jej najsilniejszą stroną są hiper-eleganckie stroje.




Moją paskudę upolowałam za 99 złotych (z wliczona przesyłką) i bardzo sobie chwalę stosunek tej ceny do jakości lalki. Z ręką na sercu przyznaję, że gdyby należność była choćby o 20 złotych wyższa, to już bym się nie zdecydowała na zakup, bo mój majowy limit na rozpustę okołolalkową zamknął się w równiutkiej kwocie 100 złotych.



Za tą okrągłą kwotą kryje się zresztą dość zabawna historia. Chcecie posłuchać? (oj, nawet gdybyście nie chcieli, to i tak opowiem).

Otóż pięć lat temu, podczas remontu chałupy, zgubiłam pewną część garderoby. Była to taka część ubioru, której nie pokazuje się z dumą bliźniemu swemu w codziennych kontaktach (czyni tak znikoma część ludzkości). Zguba została stosownie opłakana, po czym beztrosko o niej zapomniałam i kompletnie przestałam się nią przejmować.

Leciał rok za rokiem i nadszedł w końcu maj 2020. Był to czas, kiedy przypomniało mi się, że mam na strychu pudło z nowiutkimi, nigdy nie używanymi kinkietami, zakupionymi w sklepie Leroy Merlin, na potrzeby rzeczonego remontu.

Ponieważ nie zanosiło się na to, że kiedykolwiek z nich skorzystam, a Leroy Merlin przyjmuje bezterminowe zwroty, pofatygowałam się na strych, ściągnęłam pudła z kinkietami na dół i pognałam do najbliższego punktu zwrotu, żeby oddać towar i odzyskać zainwestowany w niego piniądz.

Polityka zwrotów jest prosta - zanim pracownik sklepu przyjmie z powrotem niechcianą przez klienta rzecz, musi sprawdzić czy wszystko z nią w porządku, czyli czy jest cała i nieuszkodzona. Oznacza to, że trzeba wyjąć wszystko z pudeł i to wnikliwie obejrzeć. I właśnie tak zrobiła dokładna w swym fachu pracownica sklepu - z czeluści pudeł wyjmowała po kolei: kinkiety, elementy do ich zamocowania na ścianie (śrubki, wkrętki i insze drobiazgi), fakturę oraz zaginioną i dawno zapomnianą przeze mnie skarpetkę. Tu dodam, że używaną. Mamma mia! Jak dobrze, że to NIE BYŁY GACIE! 

Po tej wstydliwej przygodzie cała w pąsach zmykałam do domu i tak mi było nieprzyjemnie, że na pociechę pod wieczór zaczęłam grzebać na Allegro, żeby po tej srogiej wtopie kupić sobie coś na pocieszenie. Tak właśnie znalazłam jubileuszową Barbie ;) 


Skoro już wyjaśniła się tajemnica jej pojawienia, niech będzie mi wolno napisać trzy słowa o niej samej. Wybrzmią one następująco: ŁADNA, DOPRACOWANA, WARTO (w domyśle dopowiadamy sobie: "ją mieć").

Szczególnie przyjemnie odbieram jej kieckę - nareszcie trafiła mi się Barbie w porządnie odszytym stroju, który można z niej zdjąć, bo jest zapinany na zatrzaski, a nie zaszyty na głucho na lalce. Mattelu, prosimy o więcej takich ciuchów!

Nie mogę przyczepić się ani do makijażu (bo jest równy i po prostu ładny), ani do pudełka (też jest ładne) i co najwyżej pochlipię sobie nad tym, że lalkę umieszczono na nieruchawym ciałku Model muse. No ale czego ja chciałam za te 100 złotych - Barbie z pałacem, z yorkiem i wodotryskiem? I tak jest całkiem nieźle i tego się trzymajmy!



czwartek, 30 kwietnia 2020

Zaglądam na Aliexpress

Wygląda na to, że od przyszłego tygodnia wracam do pracy! Nadal będziemy wraz z kolegami jeździć na dyżury, ale szczęśliwie, będzie ich więcej, niż jeden dyżur na tydzień. Jesli się człowiek mocno w sobie zaweźmie, to przełknie i pracę w domu, ale po dłuższym czasie taka robota staje się pieruńsko nużąca. Po miesiącu fedrowania w swoich czterech ścianach straciłam rozeznanie, co już mam zrobione, a co jeszcze do zrobienia. Nie umiem rozplanować sobie czasu i ląduję z robotą przed komputerem o nieludzkich porach, a potem odsypiam jak prosiak w błocie. Poza tym w chałupie jest tyle "rozpraszaczy", że czasami niemożliwe jest porządne skupienie się na zadaniach do wykonania. Normalności, wracaj!

Siedzenie w domu to także okazja do przeczesywania Internetu, a w moim przypadku - serwisu Aliexpress. Od pewnego czasu zapuszczałam tam oko, ale nie ośmielałam się robić zakupów. Przełamałam się wczoraj. Myślałam, że to będzie straszne przeżycie, swoją rangą przypominające bitwę z setką spasionych, bekających i puszczających głośne bąki Chińczyków, a tu - pół minuty i wszystko pozamiatane! 

Powodem, dla którego ten pierwszy raz sprawiał, że tak bardzo trzęsły mi się łydki, był strach przed płatnością. Mój głupi łeb wytworzył sobie taki obrazek: ja rejestruję konto, podaję swoje dane, robię przelew, a sprytne Chińczyki na tej podstawie wykradają mi wszystkie oszczędności i polecają się na przyszłość. Okropność, prawda? Tyle, że to okropność mniemana, bo Aliexpress jest od dawna połączony z PayU i nie ma strachu, że stanie się coś tak paskudnego. Wystarczyło trochę głębiej wczytać się w politykę pieniężną tego serwisu i wiedziałabym, że Chińczyk ma wielkie oczy... No nic, lepiej późno niż wcale!

I tak pierwsze koty poszły za płoty, a ja odetchnęłam i stwierdziłam, że skoro wszystko poszło gładko, to cały ten bzdurny strach trzeba zostawić w tyle i rozejrzeć się, co tam jeszcze dają fajnego. A dają sporo i w przyjemnych cenach. Co ciekawe, spora część proponowanych produktów to wcale nie podróbki, choć i tych tam moc i zatrzęsienie.

Tu pozwolę sobie pokazać Wam, co mi wpadło w oko (oczywiście lalkowo). Jestem ciekawa, czy któryś z moich wygrzebków kogoś z Was też zainteresuje :)

Jako pierwsze oczarowały mnie lalki oryginalnej marki Monst dolls. To małe dzieciaki BJD, tyle, że wykonane nie z żywicy, a z winylu. Można je kupić na wielu serwisach, gdzie dostępne są dalekowschodnie marki. Dzieciaki sprzedawane są w fullsetach, czyli do odbiorcy docierają w kompletnym makijażu i ubranku. Zrobiły na mnie bardzo przyjemne wrażenie. Są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach i bardzo kolorowe.


* * *

* * *


Rozglądając się dalej, głęboko zanurzyłam się (choć trafniej byłoby napisać, że pogrążyłam się) w świat Blyth i Icy, czyli podróbek lalki Blythe. Na Aliexpress można je znaleźć i w całości i w kawałkach - oddzielnie łebki, peruki, ciała, oczy, buciki i insze akcesuary.  Najbliżej mojego serca podczołgały się laleczki, które sprzedawane są "w całości". Niestety ich ceny są dość słone, ale to i tak mały ułamek w porównaniu z cenami oryginalnych Blythe.


* * *


* * *


Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła też przeglądu figurek akcji. Oj, oj, oj! Może nie trzeba było się za to brać, bo od razu zadurzyłam się w kilku urodziwych chłopakach i nie wiem, który z nich podoba mi się najbardziej.

Może jest to lekko zniesmaczony życiem i sprawiający na mnie niepokojące wrażenie koreański piosenkarz?

On - Chodź do mnie maleńka, dam ci to, czego nikt inny jeszcze ci nie dał ...
 Ja - Dasz mi przepis na kisiel bez grudek? 
On - Odejdź ode mnie żmijo ...


* * *


Nie, chyba jednak nie. Bardzo drażni mnie jego skrzywiona gęba. Ale co my tam będziemy na niego patrzeć, kiedy w zasięgu są inni, do których można czule wzdychać. Jak choćby Bloodhunter, który z twarzy toczka w toczkę przypomina lubianego przeze mnie aktora, Toma Hiddlestona. Podoba mi się taki "myśliweczek". Dałabym mu chleba z masłem, ale mi kromka upadła ze stołu masłem w dół ...


* * *


* * *


Mojej uwadze nie uszedł również przystojny Padro. Kim jest i czym się zajmuje chyba lepiej nie wiedzieć, bo nie wygląda to raczej na opiekę nad dziećmi w żłobku.


* * *


* * *



Oj ładny on, szczególnie ta gładziutka i młoda gębusia :) Całowałoby się go z jęzorem, gdyby raczył wstąpić do świata żywych, pełnowymiarowych chłopów. 

Nie całowałoby się za to Draculi, który i tak kocha tylko Minę Harker, więc jest już, jakby, zajęty. No i te niecodzienne gusta kulinarne, zatopione w okolicach żyły szyjnej. Ale popatrzeć sobie można i na "młodą" i na "starą" wersję krwiopijcy.  A gdyby tak brać, to chyba obie, choć nieco bardziej skłaniam się ku starszej. Bardzo, ale to bardzo lubię chłopów w czerwonym.


 * * *


Moja zachłanność każe mi wierzyć, że kiedyś dorobię się kolekcji składającej się z tych wszystkich wspaniałości, a tymczasem zdradzę, że idąc za aliexpressowym ciosem, zamówiłam jedną z zaprezentowanych wyżej lalek (a mówiąc bardziej precyzyjnie, główkę jednej z nich, bo na więcej to mnie stać nie było). Kto zgadnie o kogo chodzi?

Zostawiam Was z tym nierozwiązanym pytaniem, a sama idę dalej serfować po wzburzonych falach Ali. Tyle tam cudności, ze nachodzi mnie myśl by skończyć wreszcie ze zbieraniem lalek i zacząć kolekcjonować coś poważniejszego. Na przykład dizajnerskie pudełka na chusteczki do nosa ;)


* * *


* * *


Wszystkie zdjęcia, widoczne w dzisiejszej blognotce, zostały pobrane z zasobów Aliexpress.

sobota, 18 kwietnia 2020

Dzieciuchy Petry

Jeśli chodzi o lalki Petra, to załapałam się na ich najpóźniejsze wypusty, czyli na lalki od firmy Lundby, która w latach 90-tych z wywieszonym jęzorem próbowała kopiować patenty i prześcignąć popularność Barbie, co oczywiście nie mogło się udać, bo królowa była i jest tylko jedna. 

Lalki od Lundby były sympatyczne, w większości jasnowłose i błękitnookie i wyglądały mniej-więcej tak:


Dzięki Bogu nie wszystkie z nich miały kolczyki barbarzyńsko powbijane w sam środek przewodu słuchowego, tak jak moja bidula, która wszelako nie skarży się na okrucieństwo losu i zachowuje pogodny wyraz twarzy.

Petra, jak i Barbie, miała masę fajnych strojów, świetnie wyposażony biało-różowy domek, chłopaka, młodszą siostrę i parę rozkosznych dziatek, o których będę dziś nawijać (bo wstęp o Petrze to było tylko takie mydlenie oczu - upraszam o wybaczenie).

Petrowe dzidziusie, jak i ich mutter, wykazują wyraźne nawiązanie do lalek matellowskich, ale o ile dorosłej Petry nie dałoby się pomylić z Barbie (nie ta twarzyczka, nie to ciało), to maluchy można byłoby uznać za bliskich krewnych matellowskiego drobiazgu. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo dzieciuchy bez problemu mogą dzielić się ubrankami i bucikami, a złe - no cóż, u dzieciaków od Petry wyraźnie widać, że są czyjąś kopią i to nie bardzo zawoalowaną.

Pozwólcie pokazać sobie parkę, która do dnia dzisiejszego uchowała mi się w firmowym pudle, z którego w końcu ją uwolniłam w imię walki z psychicznym dołem, wywołanym przez koronawirusa (skoro ja muszę siedzieć w domu, to niech chociaż małoletnie lalusie zaznają wolności).


Tu napomknę, że powyższa dwójka to odkupione wspomnienie z dzieciństwa, bowiem w latach, gdy nosiłam jeszcze koszulinę w zębach, byłam, na spółkę z młodszą siostrą, posiadaczką takiej właśnie parki. Po latach wspomniałam, zatęskniłam i w rezultacie tej tęsknicy odkupiłam szkraby od lalkującej koleżanki, która miast tych uroczych glutków wolała twardy piniądz.


* * *


Chłopiec i dziewczynka nie różnią się od siebie niczym, poza owłosieniem, które u tej drugiej jest przyjemnie długie oraz bujne i w sam raz nadaje się do czesania, co jak wiadomo, jest jedną z ulubionych zabaw dzieci płci żeńskiej.

Zakres ruchowy tych bożych krówek jest niewielki, dostosowany do umiejętności bobasów, dla których nawet proste siadanie jest nie lada wyzwaniem. Wzorem prawdziwych dzieci mogą machać kończynami i kręcić głową oraz nie bardzo foremnie usadzić się na tłustych dupinach. I to tyle, więc przysługuje im u mnie rola uroczych kurzołapów :)


* * *
 

Gdzieś w środku notki wspominałam, że glutki wykazują podobieństwo do laleczek - matellaków. Jest ono na tyle duże, że mogą wymieniać się główkami (łatwymi do zdjęcia, bo i tu i tu - osadzonymi na kulce).  Ta łatwość wymiany pozwoliła mi na małą (i szczęśliwie chwilową) dekapitację dziewuszki, której na kark znienacka wskoczyła głowa matellowskiego chłopca.

Tak było w oryginale:



A tak, po dokonaniu zamiany:


Nie jestem pewna, czy przypadkiem taka podmieniona wersja nie podoba mi się bardziej niż oryginalna :)

Na razie jednak wszystkie drobiny wracają do pudełka, żeby się nie pogubić, bo nie chciałabym drugi raz ich utracić. Jak dobrze pójdzie, to przekażę je za jakiś czas do zabawy siostrzenicy, żeby po latach, tak jak i ja, miała miłe wspomnienia z dzieciństwa.



* * * 


* * *


* * *