czwartek, 9 stycznia 2020

Przed i po

Człowiek to głupkowate stworzenie. Wystarczy mu wmówić, że coś jest urodziwe, nadać temu odpowiednio wysoką cenę, rozpaplać info o wyjątkowej jakości i ani się obejrzysz, a już leci kupa zdesperowanych klientów, aby to cudo nabyć. Szczęśliwcy, którzy dostąpią błogosławieństwa zakupu, szerzą dalej wiadomości o tym, jak genialny przedmiot jest w ich posiadaniu, tworzą kółka uwielbienia, gdzie się nawzajem utwierdzają w przekonaniu, że mają u siebie dzieło sztuki i ... napędzają w ten sposób popyt na produkty danej firmy :)

Weźmy takiego producenta jak Integrity toys. Będąc członkiem lalkowej społeczności nie raz miałam okazję stwierdzić, że firma ta cieszy się u swoich sympatyków bałwochwalczą czcią. Jakiejkolwiek lalki nie wypuściłaby na rynek, to i tak dostanie litanię ochów i achów, obudowaną pożądliwymi stęknięciami i pianiem z zachwytu. Tymczasem opinie o nadzwyczajnej jakości produkowanych przez nią lalek są znacznie przesadzone. Oczywiście, porównując twory od Integrity z lalkami dostępnymi od ręki w sklepach z zabawkami, nie ulega wątpliwości, że większa część tych drugich nawet się do nich nie umywa, ale znowóż jeśli wnikliwie przyjrzeć się plastikom z IT, to spod reklamowej otoczki w mig wyłażą liczne skazy i niedoróbki. Krzywo nadrukowane oczy, przebarwienia plastiku, różnice w kolorycie główek i korpusów, brzydko oszlifowane linie odlewowe - wszystko to zdarza się bardzo często, więc to całe idealizowanie producenta niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Niemniej i ja nie ustrzegłam się przed zachłyśnięciem urodą lalek od IT. Dobrze ubrane, zginalne plastiki, które dobrze wyglądają w obiektywie, nie mogły nie zrobić na mnie wrażenia. Najdłużej chorowałam na Lukasa Mavericka, a kiedy już sprowadziłam sobie dwóch do chałupy, to przyszło otrzeźwienie i dostrzegłam, że pierwszy z nich, który na początku wydawał mi się genialnie urodziwy, wcale taki nie jest, a to za sprawą niechlujnego i prostackiego makijażu, jaki nałożyła mu na twarz firma-matka:


W mojej opinii facemold Lukasa to jeden z najurodziwszych męskich moldów wszechczasów, ale nawet tak idealnie wykrojoną twarz można zepsuć. Długo nadymałam się i nie chciałam dostrzec, że z oczami mojego pięknisia nie jest najlepiej, ale w końcu do mózgu dotarł promyk zrozumienia - ta gębula została straszliwie spaprana! Mogłam nabzdyczyć się ile wlezie i iść w zaparte, ale po co? Brzydki mu ten makijaż machnęli, ot co!

Jako że mój skill w repaintowaniu nie dorównuje chęciom, lalkę do przemalunku wysłałam do kobity, która z paskudztw potrafi zrobić cuda. Jak nie wierzycie, to tylko popatrzcie - na dole jest zdjęcie "przed", a na górze "po". Imponujące, prawda!


Fotka z zasobów repainterki I'm dolls

Wiedząc jaki talent drzemie w rękach Tatiany, od razu zadecydowałam, że na repaint Lukas pojedzie właśnie do niej i tylko do niej.

Tatiana spełniła pokładane w niej nadzieje - Lukas wyładniał i przede wszystkim nabrał głębokości spojrzenia.



Nie jestem pewna, czy go jeszcze kiedyś nie ruszę pędzlem, bo po repaincie niezwykle złagodniał i ... ciut zbabiał. Taki się z niego wdzięczny kwiatuszek zrobił, choć rysy twarzy ma po staremu ostre i kanciaste. No ale dziewiczy rumieniec i różane usteczka robią swoje. Gdyby go ubrać w kwiecistą kieckę, przyprawić długie warkocze i dać wianek na główkę, to mógłby grać rolę uroczej, choć ciut za bardzo wyrośniętej w barach pastereczki :P


Ale tak na dobrą sprawę, komu przeszkadza zniewieściałość tegoż osobnika? Mnie na pewno nie :) Natura stworzyła go jako istotę, przeznaczoną by łamać niewieście serca, a ręka artystki rozszerzyła jego emploi, więc teraz będzie kusił i kobitki i facetów :P No i przede wszystkim mnie, bo lubuję się w androgynicznych gębach :)


Ale żeby nie było, że na siłę wtłaczam chłopaka w rolę baby, wiedzcie, że po domu paraduje w męskich ciuchach. Zdarłam je z matellowskiego Jacoba (postać nastolatka-wilkołaka z filmidła pn. "Zmierzch"), dla którego nie miałam ani serca, ani miejsca na półce. Jacob przeleciał przez moją kolekcję jak złoty sen i okupił swój pobyt garderobą. Ma się wprawę w obieraniu plastikowych biedaków do golca!


Krzywda Jacoba stała się zaczynem szczęścia dla Lukasa, bowiem do tej pory nie posiadał ubrań godnych by otulić jego długonogą postać.


 * * *


* * *
I tak to z surowego lalka o niebieskich oczach powstał słodki jak lukrecja lalek, godny zagrać rolę sielankowej pastereczki, a gromy, które rzucałam na Integrity Toys zmieniły się w ciepłe świergoty :) Gorzej, że teraz chce mi się więcej przemalowańców od Tatiany! Oj, dolo, dolo! Oj biedny, nienasycony lalkozbieraczu!

Prawie jak Jon Kortajarena - WPIS ODZYSKANY

Najlepszym wabikiem na lalkozbieracza jest niska cena. Jeśli jest szansa dostać coś za mizerny piniądz, to nabiera się dziwnej lekkości przy wymianie krwawicy na rzeczy, które niekoniecznie są artykułami pierwszej potrzeby i na które, w innych okolicznościach, wcale nie zwróciłoby się uwagi. Bywa i odwrotnie – cena jest brzydka jak grzech śmiertelny, ale lalka tak piękna, że aż zatyka dech w piersiach, a sen odchodzi na tak długo, póki się jej do domu nie ściągnie. 


Właśnie tak czułam się, kiedy koleżanka z Flickr ogłosiła sprzedaż jednej ze swoich lalek – Lukasa Mavericka. Czując głęboką, wewnętrzną potrzebę otaczania się pięknymi przedmiotami, ściągnęłam go do siebie czym prędzej, by móc paść oczy jego męską urodą nie tylko za pośrednictwem cudzych zdjęć.


Po świecie krąży wielu różnych Lukasów Mavericków – a wszyscy co do jednego piękni i wyniośli jak  arystokraci, którzy spoglądają potępiająco na współczesną młodzież z głębi pociemniałych portretów, porozwieszanych po różnych galeriach sztuki niewspółczesnej. Znakiem firmowym każdego Lukasa są pogardliwie skrzywione usta i perfekcyjnie wklęsłe kości policzkowe, okalające twarz, która przekracza bariery oswojonej urody.


Lukas Maverick to mój wizualny ideał lalkowego mężczyzny. Zakochałam się w nim w sposób beznadziejny i nieodwracalny, któremu nie umiem dać odporu, bo jego twarz przenosi rysy wyjątkowo urodziwego modela, Jona Kortajareny, będącego z dawien dawna moim fotograficznym idolem. Jeśli nie kojarzycie Jona, to podrzucę dwie małe podpowiedzi: „obrazkową” i „filmową”, które naświetlą o kogo chodzi:



Jon


 * * *

 A tu już swe oblicze ujawnia Lukas:


1


Prawda, że jest bardzo podobny do Jona?


Ze względu na tę charakterystyczną, szczupłą jak u średniowiecznego świątka twarz, jestem w stanie wybaczyć Lukasowi różne wady – na przykład sztywną głowę, której nie da się ani skłonić w przód ani pochylić na bok (Lukas może nią jedynie odmownie kręcić), lub to, że jego włosy wykonano ze sztywnego, niepoddającego się układaniu, materiału. Przymykam oko jeszcze na kilka wad, które skumulowane w innej lalce spowodowałyby u mnie napad wścieklizny: brzydki odcień plastiku, małą ruchomość ciała, drobne wady produkcyjne. W przypadku Lukasa mięknę jednak jak wosk – niech sobie  będzie jaki chce, byleby nigdy nie stracił seksapilu, który wylewa się z każdego centymetra sześciennego jego drobnego ciała.



1


* * *


1


* * *


1



Mój Lukas pochodzi z dość niepopularnego, dwulalkowego zestawu „Nu Fantasy. Beauty and the beast”. Choć obie lalki wchodzące w jego skład były bardzo urodziwe, to klienci nie  wykupili go na pniu, jak to często bywa z zabawkami od Integrity toys. Myślę, że to dlatego, iż zestaw cechowała pewnego rodzaju wtórność w stosunku do tego, co ludzie już znali. Podwojona cena też na pewno zrobiła swoje. Summa summarum – w internetowej przestrzeni nadal można go bez problemu kupić.

Produkt, który nie przyczynił wielkiego honoru firmie Integrity toys, dla mnie, osoby spragnionej JAKIEGOKOLWIEK Lukasa, przedstawiał nader łakomy kąsek. Tak to nieszczęście jednych buduje frajdę drugich.

Nie jest mi przykro, że mój Lukas nigdy nie zazna zaszczytu zasiadania w kręgu najbardziej kultowych Lukasów Mavericków wszech czasów. Dla mnie i tak jest zwycięzcą wszelkich możliwych konkursów urody dla plastikowego chłopstwa.



1


* * *


1


* * *


1


* * *


1


* * *


1


Lukas jest dla mnie wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Jak się okazuje, niesie w sobie podobieństwo do postaci ze świata kultury, która była i pozostaje moim (filmowym) idolem:


1


* * *

1

sobota, 4 stycznia 2020

Mbili

Choć Święta Bożego Narodzenia już się skończyły, ja nadal leniuchuję, wysypiam się za cały 2019 rok i nabieram sił do powrotu do pracy. Mimo że bardzo lubię to, czym zajmuję się zawodowo, to jednak nie mogę wystarczająco nacieszyć się dniami urlopu. Jak cudnie jest móc wstawać po godzinie ósmej rano, zjeść bez pośpiechu porządne śniadanie, a po nim - zająć się słodkim nicnierobieniem, czyli czytaniem książek, spacerami z psem, wizytami towarzyskimi i last, but not least, zabawą lalkami!

Korzystając z dłuuuuuuuugiej przerwy świątecznej zebrałam się wreszcie w sobie i zrobiłam przegląd wszystkich plastików, które mam w domu. Nareszcie ogarniam co mi piszczy po skrzyniach i pudłach, czego jest za mało, a czego stanowczo za dużo. 

Inspekcja lalkowego dobytku wykazała, że po domu pałęta mi się wiele bezgłowych ciał, bezcielesnych głów i wszelkiego rodzaju niewykorzystanych ubranek, które aż proszą się, by naciągnąć je komuś na grzbiet.  W porywie miłosierdzia zrobiłam z tych smutnych, lalkowych kęsków kilka składaków :) Z jednego to jestem całkiem dumna, bo jest niebieściutki, balonowaty i, jak twierdzi jedna z koleżanek na Facebooku, przypomina nieco Błękitną Wróżkę z disnejowskiego filmu o pajacyku Pinokio.

Tak wygląda filmowa wróżka:


A tak przedstawia się mój składaczek:


Bazą dla składaka jest zrerootowana główka laleczki Trichelle, bliżej nieznany mi barbiowy kadłub i suknia autorstwa Barbie_fashion, upolowana na Allegro.


Od dawna chciało mi się jakiejś czarnoskórej lalki, najchętniej z serii S.I.S. To była zacna, pięknie dopracowana i bardzo kolorowa seria, która jak na złość, do Polski dotarła w jakichś śmiesznych ilościach, czyli tyle, co kot napłakał. S.I.S można było sobie kupić co najwyżej w Internecie, bo sklepy stacjonarne zupełnie tę linię zbojkotowały.

Swego czasu gościłam u siebie Trichelle Rocawear i było nam razem dobrze, aż do czasu, kiedy postanowiłam zdradzić ją dla nowej miłości, więc Trichelle poszła sobie z domu i już nie wróciła. Trochę mi potem było łyso, ale niedługo i raczej nie intensywnie.


Składak w porównaniu z oryginałem prezentuje się bardzo miękko i mało wyraziście, ale, wierzcie mi lub nie, miałam ochotę właśnie na takie nieagresywne lalkowe stworzonko.


Fascynuje mnie facemold "Mbili", którego nosicielem jest mój składaczek. To wyjątkowo plastyczny typ twarzy, który nie umie niekorzystnie wyglądać (a przynajmniej ja nie jestem w stanie wskazać ani jednej nieatrakcyjnej Mbili). To, w moim osobistym rankingu, najukochańsza z "czarnych" twarzy Barbie obok Christie (head stamp 1997).

Nie przepadam za moldem "Asha", mam problemy z polubieniem "Shani" i "Nishelle", zdecydowanie wzdrygam się na widok "Desiree", ale przy "Mbili" samoistnie miękną mi kolana.


Błogosławię Mattel za to, że nadal wykorzystuje ten typ twarzy u współczesnych lalek. Co prawda do tej pory nie kupiłam żadnej Fashionistki-Mbili, ale z ręką na sercu wyznaję, że każdorazowo, mijając taką na półce w sklepie, miałam szczerą chęć ją przygarnąć i choć na chwilę utulić ją u siebie. Niestety jestem takim typem lalkozbieracza, który nieustannie goni za jakimś ciekawym egzemplarzem ze swojej listy marzeń i inne zakupy odkłada "na później", co w istocie sprowadza się do "święty Nigdy".


Ale, ale! Zupełnie zapomniałam spytać, czy dostaliście jakąś lalkę pod choinkę? Pochwalcie się, co pojawiło się w tym roku pod świątecznym drzewkiem! U mnie nie było tam żadnej lalki, bo zdecydowanie wolę sama kupować sobie egzemplarze do kolekcji, niż je dostawać. To nie tak, że nie wierzę w lalkozakupowe umiejętności bliskich, ale bądźmy szczerzy, najprzyjemniej jest upolować coś ciekawego samodzielnie (wtedy człowiek ma pewność, że oba oczy są nadrukowane symetrycznie i że lalka ma równiutki makijaż)  :)


* * *


* * *


* * *
 

Zwyklaski - WPIS ODZYSKANY

Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że gdy tylko wypatrzę w sklepie z zabawkami jakąś ciekawą lalkę płci brzydkiej, to powinnam ją jak najszybciej kupić, bo za rok nigdzie już nie będzie po niej śladu, a nowości, które zajmą jej miejsce, będą miały siłę rażenia niedosolonej wody po ziemniakach.


Z każdą wizytą w pobliskich sklepach z zabawkami widzę coraz mniej atrakcyjnych dla siebie opcji. To, co zalega na półkach, to jakaś straszna bida z nędzą. Nie ma na czym zawiesić oka. Tęsknię za czasami, kiedy słowo lalka, oznaczało zabawkę bez wmoldowanych części garderoby i posiadającą w pudełku co najmniej jeden dodatek (choćby miał to być i symboliczny grzebyk).


Podczas ostatnich zakupów aż do przesytu napatrzyłam się na nowych Kenów-Fashionistów i powiem Wam, nie jest dobrze! Nie tak dawno temu chłopcy z tej serii zginali jeszcze ręce i nogi, a na głowach mieli „prawdziwe” włosy, ale ktoś „z góry” postanowił, że to zbyteczny luksus i zmienił ich w smętnych nieruchawców o plastikowych koafiurach. Nie przypuszczam, aby matellowscy panowie, nie będący lalkami kolekcjonerskimi, mieli w najbliższym czasie odzyskać mobilność. Przepowiadam im przyszłość równie świetlaną, co kołkom w płocie. Ładnym kołkom, bo buziaki mają przez cały czas ujmujące, ale bądźmy szczerzy – gładkie liczko to bardzo mało, jeśli nie idą za nim dodatkowe przymioty. To zupełnie jak w życiu - piękny idiota zawsze pozostanie idiotą.


Jako zbieracz zafiksowany na lalkach płci brzydkiej zawczasu zadbałam, żeby wzbogacić swój „męski harem” wczesnymi wypustami Fashionistów. Uzbierałam zaledwie cztery lalki, bo nie zależało mi aby zastawić półki wszystkimi dostępnymi typami, a jedynie o to, by móc za kilka lat popatrzeć na zachomikowanych Kenów i za ich sprawą przypomnieć sobie, co było kiedyś na topie. Dlatego w witrynie znalazło się miejsce dla małej garstki nowożytnych młodzieńców. Czterech, to, jak na moje warunki, i tak całkiem sporo. Dla kontrastu napomknę, że Kenów z lat 80-tych w ogóle nie mam, bo szkoda mi zagracać mieszkanie lalkami, które kompletnie mi się nie podobają (w moim odczuciu doskonała większość „starych” Kenów idealnie oddaje prymitywną krzepę głupawych wiejskich parobków i nie zmieni tego fakt, że Mattel często ubierał ich, z uporem godnym lepszej sprawy, w stroje wieczorowe, które pasowały im jak krowie cylinder).



Wiele osób sarka na to, że nowożytni Kenowie przypominają wymoczkowatych, boysbandowych lalusiów, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. Ich twarze bez wątpienia nie są twarzami nastolatków, a młodych i atrakcyjnych mężczyzn. Także ciała noszą znamiona „dorosłości”. Szczeniacki sznyt bierze się z pastelowych ciuchów i fryzur, mających nawiązywać stylem do nowoczesnych uczesań (nawiasem mówiąc, w bardzo nieudany sposób). Item – wystarczy zabrać Kenikom gimnazjalne szmatki i nieco przygładzić gniazda na ich głowach, a w mig robią się z nich eleganccy dżentelmeni.


Życzyłabym sobie, aby tak miłych dla oka młodzieńców było więcej i w świecie realnym, tak aby każde wyjście na ulicę powodowało zawrót głowy i zafiksowanie oczu na jakiejś świeżej, atrakcyjnej mordce i figurze. I jeszcze, żeby za takim wyglądam szły odpowiednie cechy charakteru: życzliwość dla ludzi i zwierząt, uprzejmość w codziennych kontaktach, bezkonfliktowość, znajomość podstaw grzecznego zachowania. Ufff, ale się rozmarzyłam! No ale mamy wiosnę. Ta pora roku wywołuje kocenie się myśli w głowie, a że kocenie jest przyjemne, więc zamierzam folgować wyobraźni i wymyślać ile wlezie.  


1

* * *

2

* * *

3

* * *

4

* * *

6

* * *

7 

* * *

5

* * *
 8

środa, 25 grudnia 2019

Nigdy nie wyciągnięte z pudełek

Ojojoj, zaraz zapachnie stęchlizną i sparciałymi gumkami, bo będziem gadać o lalkach NRFB (nigdy nie wyciągniętych z pudełek). Jak kocham zabawki, tak mam problemy z utrzymaniem ich w oryginalnych opakowaniach, czemu swojego czasu namiętnie dawałam wyraz w mowie i w piśmie. Wiadomo - lalka za szybką to jak lizak w folijce; można się nim nacieszyć, ale już nie najeść, co jest tragedią dla każdego zawołanego łasucha.

Nie dziwota, że większość moich lalek żyje "na wolności", poza macierzystymi pudłami, piętrzącymi się na szafach i antresolach. Czasami, gdy przytłoczy mnie liczebność plastikowego tatałajstwa, to na trochę pakuję je znów do pudeł, żeby móc zatęsknić i dojrzeć do ponownego uwolnienia. Lalek NRFB to u siebie zupełnie nie posiadam, poza tymi, które jednak posiadam, a jest ich tylko pięć, więc możemy zaokrąglić tę liczbę w dół i uznać, że w nawale rozpakowanych lalek to takie małe, tyciutkie, nic nie znaczące zero (logika nieco pokrętna, ale grunt, że wyszło na moje).

Tu zapytacie: Zgredzie, a kogoż to kisisz w trumnach i dlaczego, na Boga, ich nie wyciągniesz?

A bo widzicie, założyłam się kiedyś sama ze sobą, że dam radę powstrzymać się od natychmiastowego rozpudełkowania niektórych lalek. Chciałam sprawdzić siłę swojej woli i odporność na pokusy.

No dobrze, ale jeśli próba miała wykazać moc ducha, to czemu nie ćwiczyłam się na większej ilości eksponatów? Oj ludzie kochane, toć ze mnie żaden mistrz zen! I te pięć to dla mnie bardzo dużo. Kiedy pomyślę, że mogłabym mieć w swoim otoczeniu więcej lalek NRFB, to aż mi piana występuje na pysk, a w środku budzi się wilkołak, który szarpałby i darł kartonowe pudła potąd, pokąd nie zaspokoiłby swoich dzikich żądz.

Jako rzekłam wyżej, nieszczęśnic jest tylko pięć i wszystkie one przeznaczone są do roli wieczystego hrabiego Monte Christo, który nigdy nie umknie z zamku d'If.

Jako że lubię porządek w dziedzinie prezentacji, lale będą objawiać się na blogu w kolejności geometrycznej, czyli zaczniemy od tej, która siedzi w największym pudle by skończyć na mieszkance najmniejszego.

Dziś będzie o lalce, która swego czasu zrobiła mi niezły psikus przy zakupie.



Rzecz działa się siedemnaście lat temu w Smyku. Byłam już wtedy rozbudzonym lalkowiczem, czyli zbieraczem, który przestał się wstydzić swojego hobby, chować lalki do szuflady pod stertę skarpetek i gaci, i śmiało dzielił się zainteresowaniami z otoczeniem.

W owym czasie to właśnie Smyk był moją zabawkową Mekką, do której cyklicznie pielgrzymkowałam w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Lata temu ten sklep miał całkiem szeroki asortyment, więc brodzenie wzdłuż lalkowych półek było dużą przyjemnością. Do dziś pamiętam uczucie zachwytu i żalu, że nie uda mi się kupić ani połowy lalek, które były wtedy w ofercie.

Lalką, która zrobiła wtedy na mnie największe wrażenia była "Fruit Style Kayla" - urodziwa nosicielka moldu Kayla/Lea. Na stojące obok niej koleżanki z serii nawet nie zwróciłam uwagi. Oczywiście były cudne i wesołe, ale żadna z nich nie miała tak tajemniczej i spokojnej twarzy jak Kayla, która wydawała mi się lalkowym wcieleniem Mony Lisy. Zresztą, spójrzcie i porównajcie je sami:


Zdjęcie Barbie pobrałam ze strony: https://vk.com/photo-29352952_456242481


Zdjęcie Christie pobrałam ze strony: https://vk.com/photo-29352952_368564131

A tu zaprezentuje się lalka, która tak bardzo mnie oczarowała:


* * *


* * *


* * *



Nie zraziła mnie ani wariacka kolorystyka jej makijażu (kolor jej szminki samoistnie roztopiłby lodowiec na Antarktydzie), ani ubranko, które krojem i zdobnością pasowałoby raczej małej dziewczynce. Moje oczy chciały jak najdłużej paść się tym odblaskowym szaleństwem. Miałam też nadzieję, że Kayla jak najdłużej zachowa swój firmowy, truskawkowy zapach - bowiem jest to taka typowa, matellowska "pachnąca" lalka, którą należy odbierać w trójwymiarze - wzrokowo, dotykiem oraz węchem.

Będąc przy pieniądzach nie rozważałam żadnych "za" i "przeciw" - po prostu wcisnęłam lalkę do koszyka i jak Bóg przykazał stanęłam w kolejce do kasy. Tam nastąpiła szybka wymiana gotówki na towar i mogłam już, dumna i blada, opuścić sklep z łupem. Podyrdałam czym prędzej do windy, a tam jak nie zawyły bramki, sygnalizujące, że ktoś wymyka się ze Smyka bez płacenia! Cała struchlałam i dusza uciekła mi w pięty, kiedy w moją stronę, zdecydowanym i twardym krokiem ruszył ochroniarz. Przez chwilę wydawało mi się, że złapie mnie wpół, rzuci na ziemię, potraktuje z buta i skuje w kajdanki na oczach klientów sklepu. Tak mnie to wycie bramek nastraszyło!

A jednak pan okazał się bardzo grzeczny. Spytał, czy mam paragon zakupowy, a kiedy upewnił się, że faktycznie zapłaciłam za lalkę, przeprosił mnie za sytuację, której przyczyną był nowy pracownik, obsługujący kasę. Okazało się, że pani kasjerka nie radziła sobie z dezaktywowaniem kodów kreskowych na opakowaniach zabawek, co powodowało, że gdy niczego nieświadomy klient chciał przekroczyć którąś z bramek, trąbił alarm.

Mimo przeprosin zrobiło mi się przykro i jak najszybciej wyniosłam się ze sklepu. Goniły za mną potępiające spojrzenia klientów, którzy pewnie myśleli, że maja przed sobą paskudnego, złapanego "in flagranti" podkradacza.

Z powyższego powodu przez jakiś czas nie chodziłam do Smyka i przeniosłam swoje poszukiwania lalek do internetu. Dopiero tu odkryłam jakim ogromnym oceanem jest lalkowy świat i przedłużyłam swoją listę pożądanych modeli do nieskończoności :)

Dziś zdarzenie w Smyku wspominam z lekkim uśmiechem, ale Kayli do tej pory nie uwolniłam z tekturki. Niech sobie na niej bytuje, przypominając w świeży, dziewiczy sposób, czasy, które juz minęły.



Aaaaa, jeszcze coś! Gdyby ktoś szukał mnie poza blogiem, w innych zakątkach sieci, to podrzucam adresy miejsc, w których bytuję i się rozpycham wzdłuż i wszerz:
1. Flickr - https://www.flickr.com/photos/stary_zgred/ - tu zamieszczam fotki nowych lalek wcześniej, niż pojawią się na blogu
2. Facebook - szukajcie Agnieszki Zgredzińskiej :)

Aaaaa, jeszcze coś! Mamy wokół siebie piękne, pełne nadziei Święta Bożego Narodzenia, więc pozwólcie życzyć sobie na obecne i nadchodzące dni spokoju, szczęścia i miłości w rodzinnym gronie, odpoczynku od codziennego zabiegania i możliwości dzielenia się radością z wszystkimi, których kochamy :)

Aplauz dla Dzwoneczka - WPIS ODZYSKANY

Trwa adwent z jego wyrzeczeniami i „suchymi”, postnymi dniami. Lubię ten okres, bo pomaga okiełznać rozbuchane apetyty (nie tylko mięsno-czekoladowe), i świetnie przygotowuje do wybuchu bożonarodzeniowej radości. Schlebianie swoim zachciankom to rzecz przyjemna, ale tylko do czasu, gdy nie zorientujemy się, że wieczna pogoń za nowościami zobojętnia na to, co mamy wprost pod nosem. Zatem, korzystając z dobrodziejstw adwentowego wyciszenia, wstrzymałam nieustające lalkowe polowania, koncentrując się na posiadanych zbiorach. Przecież one też są fajne, choć opadły już z nich fajerwerki nowości.

W związku z powyższym zadecydowałam, że najwyższy czas rozpocząć cykl wpisów o „wykopkach archeologicznych”, czyli lalkach zamieszkujących ze mną już szmat czasu, ale dotychczas nie rozpieszczanych ani seriami z aparatu (fotograficznego) ani ciepłymi słowami na blogu. Przygotujcie się, proszę, na starocie. Dziś, przykładowo, pochylimy się nad Dzwoneczkiem z firmy Applause Inc.


1

O firmie-matce Dzwoneczka nie wiem zbyt dużo. Wikipedia podpowiada, że ma ona za sobą dość długą historię, której początki sięgają zamierzchłego 1966 roku. Firma trwa prężnie do dziś i jak u praźródeł swojego istnienia zajmuje się zabawkotwórstwem,  wypuszczając na rynek klocki, pluszaki, plastikowe figurki, lalki, jak również zestawy różnokształtnych ustrojstw wspomagających rozwój  najmłodszych. Przekrój jest szeroki, ale mnie interesuje tylko wąski wycinek, znaczy lalki.

Lalki od Applause Inc. są w większości słusznych rozmiarów (skala 16′) i dość wyraziste z twarzy. Wystarczy zrobić szybki przegląd eBaya, żeby zauważyć, że spora część z nich emanuje obłąkańczym czarem filmowego Jokera. Uśmiechy jak rozwarta paszcza rekina, szaleńczy wzrok, artystycznie stargany włos. Weźmy taką Arielkę. Jej uśmiech toczka w toczkę przypomina mi złowieszcze grymasy klauna-mordercy z filmu „To!”





Reszta towarzystwa, sygnowanego logo Applause Inc., wcale nie wypada mniej intrygująco. Moją faworytką jest przedziwnej urody Esmeralda – babsko duże i tęgie, promieniujące z oczu czystym bzikiem. Jest w tej lalce coś chorobliwego, co przywodzi mi na myśl pensjonariuszy zamkniętych zakładów psychiatrycznych, których  w dowód zasług uznano za szczególnie niebezpiecznych.


2

Za to applausowska Pocahontas jest śliczna i gdybym tylko mogła, to wzięłabym ją do siebie, nie bacząc na to, że głowę ma nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty ciała.



Mój Dzwoneczek wyrodził się z tej szajki dziwotworów i nie zaznał upiększeń typu wywalone z orbit gały i wyszczerz dentystyczny. Stało się tak najpewniej dlatego, że trudno byłoby upchnąć te okropieństwa w jej malutkiej twarzyczce. Kiedy Panbuczek rozdawał wzrost, Dzwoneczek stał na końcu kolejki i w związku z tym oszczędzono mu brzydoty większych, lalkowych sióstr. Wróżeczka jest karlicą (Prawie jak Tyrion Lannister. Osoby, które wiedzą kto zacz, mają u mnie chody) i mierzy  dokładnie tyle samo, co Skipper z lat 80-tych, choć jest nieco obfitsza w kobiece krągłości i znacznie cięższa. Od matellowskiej koleżanki różni się też materiałem, z którego ją wykonano – wszystkie jej części poza głową zostały odlane z twardego plastiku, tak więc jej zginalność jest symboliczna.


4



Niewielki rozmiar sprawia, że Dzwoneczek gładko wciska się w ubranka potworów z Monster High. Niestety ich buty już na nią nie pasują, bo stopy ma jak kajaki i w dodatku płaskie. Nieciekawie przedstawia się też sprawa jej włosów, które wszyte są tylko dookoła głowy, co zostawia na środku gładki, smutny placek (którego Wam nie pokażę, żeby nie kusić do wieczornego podjadania).


5



Choć w założeniu lalka ma oddawać drobną i delikatną istotę, jej tężyzna nijak nie przystaje do fruwającej między kwiatami wróżki. To już raczej lekkoatletka uprawiająca jakąś wymagającą krzepy dyscyplinę sportu – rzut młotem, rwanie ciężarów lub zapasy. Nie mogę wygnać z głowy myśli, że mój Dzwoneczek to dziewczę po  odżywkach białkowych, któremu marzy się kariera na igrzyskach ;P


Bardzo lubię swojego „spasionego” Dzwoneczka. Może to kwestia odruchu warunkowego jak u psów Pawłowa – jak coś jest małe i napakowane, to uruchamia się we mnie miłosne połączenie na trasie: oczy-serce-mózg, a przystanki na tym szlaku mają znamienne nazwy: „Zobaczyłam”, „Zaśliniłam się z chcicy”, „Kupiłam”, „Trzymam na półce”, „Dalej w świat nie puszczę”.


6


7

Wszystkie zdjęcia Disneyowskich księżniczek – z eBaya!